AUTOR ARTYKUŁU
IRMA KOZINA
Jerzy Gottfried – jedyny górnośląski uczeń Macieja Nowickiego
24 października 2017 | wyślij link
Jerzy Gottfried – jedyny górnośląski uczeń Macieja Nowickiego

Informacja trwale „wrzyna się” w pamięć człowieka wówczas, gdy jest połączona z doznaniami ekstremalnymi. Dzisiaj trudno sobie nawet wyobrazić atmosferę towarzyszącą tajnym kompletom w Warszawie, podczas których wybitny polski architekt, przyszły twórca ikonicznej hali w Raleigh – Maciej Nowicki, wykładał swoim uczniom podstawy architektury. Pośród nich siedział – zapewne jak zwykle cicho i skromnie – Jerzy Gottfried. Czego się dowiadywał podczas tych lekcji przerywanych komunikatami o nalotach bombowych? Pewnie sam nie do końca już teraz pamięta. Bez wątpienia jednak to właśnie w latach 40. XX wieku, w okupacyjnej Warszawie ukształtowała się twórcza osobowość Gottfrieda, którą potem już tylko „doszlifowano” programem studiów architektonicznych, zaoferowanym studentom w Krakowie, niedługo po zakończeniu drugiej wojny.

Najprawdopodobniej jeszcze podczas tajnych kompletów Nowicki zakodował swoim słuchaczom przekonanie, że rolą architekta jest praca mentalna polegająca na wymyśleniu koncepcji budowanego obiektu. Wpoił im także zasadę, że rewolucja modernistyczna w architekturze otworzyła przed architektem nowe pole do działania: przewrót technologiczny oparty na konstrukcjach z żelaza i stali – postawił pod znakiem zapytania cegłę i drewno, które stały się materiałami luksusowymi, z finansowego punktu widzenia znacznie kosztowniejszymi i technologicznie bardziej ograniczającymi od surowców nowoczesnych. Bezkompromisowo nauczał, że zamykanie oczu na potencjał tkwiący w funkcjonalistycznych konstrukcjach jest anachronizmem. Wykształcił też w uczniach świadomość, że modernistyczna postawa nie polega na sztucznym powstrzymywaniu się od ozdabiania budowli ornamentem, a hasło: „forma podąża za funkcją” oznacza po prostu, że w sytuacji przemyślanego powiązania programu użytkowego budynku z jego konstrukcją, żadne ozdabianie nie jest potrzebne. (…)

 

Jego – bodaj najwybitniejszy – polski uczeń Jerzy Gottfried spokojnie przeczekał socrealizm i zasadniczo dopiero od lat 60. XX w. podjął się misji „nowicyzacji” architektury na Górnym Śląsku. Wybór regionu – działania modernistycznego misjonarza – po wielokroć nie był przypadkowy. (…)

Nie bez znaczenia dla warsztatu twórczego Gottfrieda było zetknięcie się z unikatowym przeszczepem z Warszawy, w postaci genialnej konstrukcji Spodka autorstwa Wacława Zalewskiego, szeroko dyskutowanej w Katowicach od czasu ogólnopolskiego konkursu z 1959 r. Ta budowla dodała mu odwagi i pomogła uwierzyć w sens podejmowania jednorazowych eksperymentów, pomimo ograniczeń stawianych architektom przez reżim zakazów i nakazów, kierujących życiem środowisk twórczych w okresie PRL.

 

 

Samoprężone dachy z „kozłami” i „sandwichami”

Prawdziwy złoty okres w twórczości Jerzego Gottfrieda przypadł na połowę lat 60. XX wieku, kiedy na Górnym Śląsku zapanowała wręcz moda na „dalekie kuzynki” hali do rodeo z Północnej Kalifornii (hala w Opolu, na przykład, projektowana była w latach 1965-1966). Osiadły wówczas w Katowicach, zatrudniony w „Miastoprojekcie” architekt, projektował jedną po drugiej wielofunkcyjne hale w Opolu (zburzona pod modernizację), Jastrzębiu (przebudowana), Bielsku-Białej (niezrealizowana), w WPKiW w Chorzowie, a nawet w Olsztynie (Urania). Asystował mu przy tym niestrudzenie  niezwykle utalentowany konstruktor Włodzimierz Feiferek.

Można dokonać swoistego rozróżnienia powstałych wtedy obiektów z uwagi na plan, oddzielając te elipsoidalne – podłużne, od okrągłych – centralnych. O wiele bardziej interesujące wydaje się jednak omówienie ich dwojakiej konstrukcji nośnej, warunkującej zastosowanie określonego przekrycia dachowego.

Za najciekawsze uznano te, w których Gottfried zastosował wiszące dachy samoprężone (oparte na fenomenie tensegrity). Ich elementami nośnymi były kozły i łuki obrzeżne służące do napinania siatki przekrycia. Tajemnicze „kozły” to przestrzenne konstrukcje nośne. Gdy hala miała kształt zbliżony do koła lub elipsy (jak w Chorzowie i Jastrzębiu), kozioł wsporczy dzielił ją dokładnie na pół. Składał się on z dwóch analogicznych łuków paraboidalnych zbliżonych do siebie w górnej, szczytowej części kozła, a jednocześnie rozchylonych dołem tak, że pomiędzy punktami podparcia ramion kozła – w przyziemiu dało się umiejscowić z dwóch stron zadaszone wejścia wiodące do wnętrza budowli. W punktach zakotwiczenia kozła przy fundamencie lokowano także nasady kolejnych paraboli, tworzących – umieszczone symetrycznie po obu bokach konstrukcji kozłowej – wiszące łuki obrzeżne, instalowane tak, by miały swobodę obrotu. W ten sposób dach mógł być bardziej lub mniej napięty, w zależności od oddziaływania obciążeń (np. śniegu), wiatru albo też ruchów tektonicznych powodowanych eksploatacją złóż węgla. (…)

 

Polskie dziedzictwo architektoniczne w obliczu nieobliczalnych aktów oficjalnego barbarzyństwa

Chociaż w zakresie historii designu nastąpiły już w Polsce stosowne przewartościowania i nie brakuje obecnie kolekcjonerów, którzy gotowi są zapłacić niebotyczne kwoty za meble i sprzęty zaprojektowane w latach 50. i 60. XX w. (…), w odniesieniu do architektury 2 połowy XX wieku wciąż okazujemy obojętność lub nawet wrogość. Dochodzi do swoistego paradoksu: niemal każdy wykształcony Polak pała nieskrywaną dumą z powodu polskiego pochodzenia Macieja Nowickiego, nieocenionego budowniczego hali w Raleigh, a jednocześnie ten sam Polak nawet nie zauważa, jak na jego oczach systematycznie niszczone są równie wartościowe realizacje naszych rodzimych twórców.

Nawet jeśli jakaś budowla w swojej koncepcji jest równie doskonała jak słynne rodeo z Północnej Karoliny, wystarczy nadać jej deprecjonujący status dziedzictwa kulturowego z czasów PRL, by została na zawsze usunięta z architektonicznego krajobrazu naszego kraju. Konserwatorzy zabytków nie zachowują się w takich przypadkach odpowiedzialnie, całkowicie ignorując unikatową wartość dewastowanych obiektów.

Za naszym przyzwoleniem mają miejsce akty bezprecedensowego barbarzyństwa, którego ofiarą padają wysokiej klasy osiągniecia polskiej architektury. Połowa realizacji Gottfrieda już zniknęła bez śladu. Druga połowa jest w tym momencie poważnie zagrożona rozbiórką. Najwyższy czas zwołać obejmujące cały kraj „pospolite ruszenie”, które położy kres tym dokonywanym w majestacie obowiązującego prawa – bezwzględnym i nieodwracalnym w skutkach aktom kulturowego wandalizmu !

 

 

Cały artykuł w # 6(32) listopad/grudzień 2015

ARCH #44
LISTOPAD/GRUDZIEŃ 2017
facebook