AUTOR ARTYKUŁU
MAŁGORZATA ADAMOWICZ-NOWACKA
PORTUGALSKIE REMINISCENCJE
29 lipca 2015 | wyślij link
PORTUGALSKIE REMINISCENCJE

EXPO’98, azulejos, żółte tramwaje, fado… Oglądaliście film Wima Wendersa „Lisbon story” ? Podobnie jak w filmie – zastanawialiśmy się jak opisać to miasto. Tydzień w jednym miejscu – to w dobie pośpiechu i przelotnych obserwacji kawał czasu.

Po pierwsze, w styczniu jest to nietypowy kierunek wycieczki i niełatwo się tam dostać bezpośrednio z Polski. Ubrani na czarno ludzie w czarnych kapeluszach przechadzają się w promieniach słońca – po niekończących się schodach i pięknych trotuarach. Mówią w dziwnym języku, który nie zostawia w pamięci żadnych znanych słów. Oprócz – obrigado.

Lisbona choć leży na końcu kontynentu – jednak jest nam bliska – my żyjemy na drugim końcu naszej wspólnej Europy. Czy mamy coś wspólnego? Na pozór nic. Czarnowłosi ludzie szybko znikają w ciasnych bramach i wąskich wejściach niedużych domów. Wchodzi się tam małymi drzwiami bezpośrednio z wąskiego chodnika – trochę jak na południu, trochę jak w Wenecji.

To świat małych sklepików, takich samych warsztatów, pracowni. Na próżno szukać tu większych sklepów, marketów z wielkopłaszczyznowymi reklamami. Tu – jak sto lat temu – ludzie mieszkają i pracują w tej samej bramie, chodzą „za róg” do rzeźnika czy cukierni.

 

Podczas naszego styczniowego, portugalskiego urlopu mieszkaliśmy w Bairra Alto, dzielnicy antykwariatów i małych warsztatów. Tu w pracowniach odnawia się stare krzesła, nie tylko slynnego thoneta, ale i zwykłe drewniane stołki czy szafki. Wszechobecny zapach szelaku i konserwujących olejków o typowo kościelnej konotacji miesza się z zapachem spalin. W wąskich ulicach – na wąskich chodnikach – wszystko jest tu bardziej skoncentrowane, ciasne. Wszechobecne samochody ocierają się o przechodniów. Europejski turysta przyzwyczajony do stolic z szerokimi promenadami, esplanadami i fontannami – widzi tutaj same małomiasteczkowe atrybuty. Czy jesteśmy na prowincji?

Prowincja to hasło, które wzbudza mieszane uczucia. Z jednej strony jest pejoratywne, dyskredytujące, z drugiej strony kto nie tęsknił za wolniejszym trybem życia ?

Czy Lisbona jest takim slow city? Termin ten chyba ostatnio jest rzadziej używany. Stara kamieniczka, w której mieszkaliśmy została odremontowana na potrzeby turystów. Słowo ‘remontowany’ jest ważne w całej tej opowieści. W promieniu paru kwartałów nie było nowej zabudowy.

Na naszej ulicy, na jednym rogu dogorywał w ciemnej bramie sklepik ‘ze wszystkim’, na drugim rogu kwitła mała restauracyjka, a wszystko oddalone o 100 metrów od gmachu Parlamentu. Ten historyzujący budynek błyszczał w słońcu żółtym kamieniem. Miał oczywiście swoje reprezentacyjne schody i swoje kamienne lwy, ale wzniesiony został na skraju starej dzielnicy, przy ulicy niewiele szerszej niż warszawska Foksal. Nie zostało wiele miejsca na zadęcie i czarne limuzyny, za to urzędnicy mieli blisko do wyżej wymienionej restauracyjki. Małej dziupli, do której może strach wejść, ale dorada z grilla długo zostaje w pamięci.

Czy patrząc na to cudowne i kolorowe zapóźnienie możemy stwierdzić, że Lizbona jest nowoczesnym europejskim miastem?

W starym centrum nowa architektura prawie nie występuje, nieliczne przykłady można policzyć na palcach. Kilka jednak odkryliśmy. W pierzei małej uliczki Rua do Vale, w dawnym budynku składowym – Alvaro Siza Vieira zaprojektował niewielkie muzeum poświęcone portugalskiemu malarzowi Julio Pomarowi. Jednoprzestrzenne wnętrze z antresolą i wyeksponowaną więźbą dachową zachwyca prostotą i elegancją.

Bardzo pozytywnym architektonicznym doświadczeniem była także wycieczka do Castelo de Sao Jorge. Wzgórze na którym stoi zamek, uważane jest za miejsce pierwszego osadnictwa na tych terenach. Z porośniętej piniami esplanady na fortyfikacjach zewnętrznych rozciąga się piękny widok na rzekę i miasto.

Architekci Joao Luis Carrilho da Graca i Joao Gomes da Silva w bardzo udany sposób zaprojektowali stanowisko archeologiczne, pokazujące wykopaliska i współczesne uzupełnienia ruin trzech ważnych okresów w historii Lizbony. (…) we fragmentach zostały one uzupełnione, nadbudowane białymi i rdzawymi ścianami z blachy kortenowskiej. (…)

Nie mamy informacji dlaczego tak niewiele się buduje, może wynika to ze skomplikowanych przepisów, może to kryzys, dość, że nie widać nowoczesnych technologicznie zaawansowanych plomb czy nadbudów. Nieliczne interwencje ograniczyły się do wnętrz istniejących budynków.

– Nie ma pracy i przyszłości dla architektów – żali się zaprzyjaźniony inżynier budowlany. Jego córka nie chciała iść na architekturę, wybrała wydział mechaniczny.

W 1998 r. odbyła się w Lizbonie wystawa światowa Expo 98. Wielka impreza, która zmieniła i unowocześniła oblicze miasta.

Park Narodów, powstały w miejscu wystawy – to oczywisty kierunek wycieczki. Metrem można dojechać na stację Oriente. Po wyjściu z pociągu widzimy betonowy dworzec Santiago Calatravy zbudowany specjalnie na EXPO. Przestrzeń imponuje odwagą, intryguje kontrastami – od ciężkich betonów podziemia do lekkiego palmowego zadaszenia peronów na powierzchni.

 

Nie ma tu wielkich tłumów, a żebrowania betonowych więzarów przytłaczają samotnego podróżnego. Nie czuje się tu lekkości, konstrukcja wchodzi w przestrzeń wewnętrzną. Nie ma korytarzy i sal, są schody ruchome, podesty, dźwigary. Funkcje obsługujące i komercyjne umieszczone są w przeszklonych wnękach i rozrzuconych kioskach. Ich betonowe pudełka mimo częściowych przeszkleń sprawiają ciężkie wrażenie. Turysta do takiego bunkra boi się wejść, pewniej czuje się na zewnątrz, ale widać już mosty… Jak to u Calatravy – wizja projektanta zderza się z rzeczywistością i spiera się z nią. Tak jak most w Wenecji budzący wiele kontrowersji i funkcjonalnie trudny, tak tu mamy dwa symetryczne mosty nadwieszone na nienaturalnej rozpiętości nad placem i ulicą. Mosty prowadzące bezpośrednio do centrum handlowego mające w założeniu ułatwiać drogę – są zamknięte. Może to przestroga, a może próba pogodzenia zbyt wielu zmiennych. Szklana podłoga, niebotyczna rozpiętość, stalowa kładka niska, długa – niebezpieczna. Tym zamiłowaniem do ryzyka, lub raczej do narzucania swojego ego twórca potrafi irytować.(…)

W Lizbonie nie ma mowy o przestrzeni publicznej, ani o jej jakości. To miasto, podobnie jak żadne z polskich miast nie przeszło jeszcze do następnego stulecia. Wciąż ważne są budynki, ulice, samochody. W przestrzeniach między budynkami jest jeszcze wiele do zrobienia.

Teren targowy zimą wygląda smutno i nieciekawie ale można wyobrazić sobie tłumy wiosną i latem, tradycyjnie przechadzające się nabrzeżem rozlewiska Tagu.

Od EXPO 98 upłynęło niewiele czasu, niespełna dwadzieścia lat, a my już nie rozumiemy tej architektury. (…)

Patrząc na otoczenie, nie udało się stworzyć wewnętrznie spójnego zagospodarowania, które nie obroniło się po wystawie EXPO.

Oczywiście został pawilon portugalski, promenada, oceanarium przyciąga zwiedzających, ale wszystko jednak jest trochę na uboczu, na zapleczu ciągu komercyjno- apartamentowego. Nie łączy się z miastem, jest enklawą, którą odwiedza się z okazji targów sprzętu rolniczego albo sentymentu zawodowego architekta.

Takie niepowiązanie, rozłączność i punktowość rozwiązań, znane z naszej rzeczywistości, jest charakterystyczne dla tego miasta.

To niewesołe raczej tło pozwala zabłysnąć jednemu tylko budynkowi. Dzięki niemu możemy przekonać się na czym polega piękno zawodu architekta.

Pavilion of Portugal autorstwa Alvaro Siza Vieira zachwyca na tle, poprawnych tylko budynków otoczenia.

Nie będziemy opisywać pawilonu, który jest powszechnie znany z publikacji, ale trzeba powiedzieć, że robi większe wrażenie w rzeczywistości, niż możemy przypuszczać oglądając go jedynie na zdjęciach.

Jest pełen wewnętrznej siły i archaicznego piękna. Staje nam przed oczami cała cywilizacja śródziemnomorska i esencja naszej kultury, wliczając w to współczesną technologię pozwalającą na wykonanie fantastycznego baldachimowego zadaszenia.

Szkoda, że budynek wygląda na opuszczony. Pocieszamy się, że to przecież czas ferii zimowych, działa tam ponoć muzeum. (…)

 

 

Bracia Manuel i Francisco Aires Mateus są jednymi z naszych ulubionych portugalskich architektów. Chcieliśmy koniecznie zobaczyć ich Santa Marta Lighthouse and Museum w Cascais. Przed wyjazdem oglądnęliśmy filmik Victora Gabriela na temat tego budynku. Film nagrany był zimą, część pierwsza: czarno- biała – pochmurna i część druga – słoneczna. Białe Muzeum razem z latarnią morską i wysokimi palmami wygląda jak scenografia teatralna. Czarne postacie przemykają między małymi białymi bryłami. Widok na ocean jest bezkresny i zachwycający. To chyba jedyne z niewielu obiektów muzealnych na świecie poświęcone latarni morskiej. W czarnym wnętrzu wielkości ziarnka grochu pokazano lampy, soczewki i inne elementy wyposażenia latarni. W pozostałych mikro kubaturkach mieści się kawiarenka, toalety, zaplecze techniczne i salka projekcyjna. Byłam ciekawa, czy to miejsce rzeczywiście istnieje. Istnieje i jest abstrakcyjnym poetyckim doświadczeniem.

Cascais to cudowny „koniec świata”, o parę kroków od najdalej wysuniętego cypla Europy. Fort Santa Marta przebudowany na hotel, nowoczesny plac Di Diego de Menezes – to ciekawe architektoniczne punkty tej małej nadmorskiej miejscowości. Cascais może się pochwalić jeszcze jednym świetnym obiektem. To Casa das Histórias e dos Desenhos de Paula Rego autorstwa Eduardo Souto de Moura. Muzeum malarki Pauli Rego zostało ukończone w 2008 r. Zaskakujący zestaw brył z czerwonego betonu z dwoma piramidami stanął wśród drzew, w otoczeniu ogrodów sąsiadujących rezydencji.

Powrotna droga do Lizbony wiedzie wzdłuż wybrzeża i już wiemy co będziemy oglądać jutro. (…)

 

 

FOTO: MAŁGORZATA ADAMOWICZ-NOWACKA, MAREK NOWACKI

 

 

Cały artykuł ukazał się w # 29 ARCH. Archiwalne numery można zakupić w redakcji: (22) 827 75 39, sebastian.dorosinski@archsarp.pl

18

ARCH #53
MAJ/CZERWIEC 2019
facebook