AUTOR ARTYKUŁU
GRAŻYNA JONKAJTYS-LUBA
WOJCIECH ŚWIĄTKOWSKI
JAN RODOWICZ „ANODA”
1 sierpnia 2014 | wyślij link
JAN RODOWICZ „ANODA”

(…) Jan Rodowicz urodził się w Warszawie w rodzinie profesora Politechniki Warszawskiej – Kazimierza Rodowicza. Był uczniem Gimnazjum im. Stefana Batorego i członkiem słynnej 23. Drużyny Harcerzy im. Bolesława Chrobrego. W 1941 roku uzyskał maturę w konspiracyjnej „swojej” szkole. W latach 1941-1942 uczył się w Elektrycznej Szkole II Stopnia wraz ze swoim kolegą z Szarych  Szeregów – Józefem Saskim – przybrali pseudonimy ”Anoda” i „Katoda”. Jan Rodowicz swojego pseudonimu już nie zmienił.

Pracując zawodowo ukończył kursy wyszkolenia bojowego, a także tajną Podchorążówkę uzyskując stopień plutonowego – podchorążego. Wraz ze swoimi kolegami z harcerstwa włączył się w konspiracyjną działalność Szarych Szeregów i brał udział w akcjach organizowanych przez Grupy Szturmowe. Za dowodzenie „sekcją butelki” w skutecznej akcji „Pod Arsenałem” – odbicia Jana Bytnara „Rudego” 23 marca 1943 roku, „Anoda” otrzymał Krzyż Walecznych po raz pierwszy. Uczestniczył potem w kolejnych akcjach Grup Szturmowych: w uwalnianiu więźniów z pociągu pod Celestynowem, zdobywaniu materiałów wybuchowych, wykolejaniu pociągów jadących na front wschodni – i za udział w nich został odznaczony Krzyżem Walecznych po raz drugi. Od grudnia 1943 r., już jako sierżant podchorąży, był p.o. dowódcy plutonu w Armii Krajowej w Batalionie „Zośka”, równocześnie pracując zawodowo przy montażu aparatów radiowych dla oddziałów partyzanckich. Od 1 sierpnia 1944 roku walczył w Powstaniu Warszawskim i za skuteczne dowodzenie w czasie ciężkich walk na Woli – 11 sierpnia 1944 roku został odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari oraz  awansowany do stopnia podporucznika. Po przedostaniu się kanałami walczył w  Śródmieściu, potem na Czerniakowie. Ciężko ranny – 19 września – znaleziony przez żołnierzy Armii Ludowej, przewieziony pontonem do szpitala na Saskiej Kępie, był potem leczony przez kilka miesięcy w szpitalu w Otwocku, gdzie po kilku operacjach przywrócono mu władzę w prawej ręce. W lutym 1945 r. powrócił do Warszawy, „ujawnił się”, i natychmiast włączył się w prace ekshumacyjne i pogrzeby poległych i pochowanych na terenie miasta powstańców z Batalionu „Zośka”. Zajął się również organizowaniem pomocy  dla rodzin, zabezpieczaniem materiałów historycznych oraz tworzeniem archiwum Batalionu.

Już we wrześniu tego roku rozpoczął studia – zgodnie ze swoim przygotowaniem zawodowym na Wydziale Elektrycznym – działającej już w Warszawie po przeniesieniu się z Lublina – Politechniki  Warszawskiej. Wybitnie uzdolniony – kiedy już mógł rysować po rehabilitacji ręki – w 1947 roku przeniósł się na Wydział Architektury, gdzie „rozbłysły” jego genialne zdolności rysunkowe, ogromne poczucie humoru i umiejętności organizacyjne. „Obecność Janka – Anody wpływała elektryzująco na otoczenie. Znikała senność, nuda, wszystko stawało się żywe, wesołe i wspaniałe” – napisała we wspomnieniach Zofia Kosakiewicz, uczestniczka wakacyjnych studiów rysunkowych w Cieleśnicy, gdzie wczesną jesienią 1948 roku przebywała grupa doskonale rysujących studentów Wydziału Architektury w nagrodę za bardzo dobre oceny prac kursowych. Według inspiracji i pomysłów „Anody”, na Wydziale Architektury,  odbyły się dwie „szalone fuksówki” w 1947 i jesienią 1948 roku. Życie studenckie toczyło się normalnym trybem, pomagając „wojennemu pokoleniu” stopniowo wyzwolić się z traumatycznych wspomnień wojennych i odnaleźć się w niełatwej rzeczywistości.

Nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń, które wkrótce nadeszły. W dzień Wigilii, 24 grudnia 1948 roku, Janka Rodowicza, a w następnych dniach wielu żołnierzy Batalionu „Zośka”, wśród nich jeszcze 5 naszych kolegów – studentów Wydziału Architektury, m.in. Michała Glinkę i współautora niniejszego tekstu – Wojciecha Świątkowskiego, UB-owcy wyprowadzili z domów rodzinnych.

Nauczeni przez swoich „przełożonych” z NKWD –  UB-owcy wiedzieli, że ten święty wieczór Wigilijny wszyscy Polacy spędzają w gronie rodzinnym – i właśnie tego dnia najczęściej atakowali upatrzone ofiary. Po kilku dniach – wiadomość o śmierci „Anody” – 7 stycznia 1948 roku wprawiła nas w takie osłupienie, że przez długi czas nie byliśmy w stanie w to uwierzyć. Upewnił nas jednak widok matki „Anody”, przechodzącej w czerni pobliską ulicą Lwowską, gdzie mieszkali w domu Politechniki Warszawskiej. Jej starszy syn, oficer Wojska Polskiego, poległ w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. Wszyscy nasi koledzy aresztowani wraz z „Anodą”, powrócili z więzienia do domów w czasie krótkiej polskiej „odwilży” po śmierci Stalina w latach 1953-1956. Pokończyli studia i pracowali w zawodzie. Jeden tylko „Anoda” nie wrócił.

W powtarzaną urzędową wersję o jego samobójczej śmierci nikt nie wierzył: zanadto kochał życie. Jego żywiołowa inteligencja, genialne wprost zdolności i wszechstronne zainteresowania, pozwalały mieć nadzieję, że po ukończeniu studiów byłby znakomitym, albo wręcz genialnym architektem.

O Jego pogrzebie nie można się było niczego dowiedzieć. Pochowany został tak, jak większość zamordowanych wówczas więźniów – anonimowo, w zbiorowej mogile. Dopiero po pewnym czasie zgłosił się do rodziców „Anody” pracownik zakładu pogrzebowego, który znał Janka z czasów organizowanych przez niego ekshumacji i pogrzebów poległych żołnierzy z Batalionu „Zośka” – i wskazał im miejsce „urzędowego” pochówku Janka po przekazaniu zmarłego przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Wtedy dopiero odbył się w gronie rodziny cichy, potajemny i skromny pogrzeb „Anody”, złożonego w rodzinnym grobie, na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

 

Dopiero w 1989 roku można było studentom Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej przypomnieć „Anodę”. Inicjatorem akcji był nieżyjący już dziś architekt Śp. Stanisław Niewiadomski.  Po nim sprawą zajął się architekt Wojciech Świątkowski, dzięki czemu w 40. rocznicę śmierci Jana Rodowicza „Anody” – 7 stycznia 1989 roku  – odbyła się uroczystość odsłonięcia i poświęcenia Kamienia Pamięci w holu Wydziału Architektury, poprzedzona mszą św. w kościele Zbawiciela. W odsłonięciu Kamienia brali udział ówczesny rektor P.W. prof. Marek Roman, dziekan Wydziału Architektury – prof. Maciej Gintowt, oraz przyjaciel „Anody”, organizator wmurowania Kamienia i autor napisu, a także broszurki – biografii i zbioru wspomnień kolegów „Anody”- arch. Wojciech Świątkowski. 20 lat później, w 60. rocznicę śmierci Jana Rodowicza  – 9 stycznia 2009 roku, studenci Wydziału Architektury z Koła Naukowego „Architektura Rodzima”, pod przewodnictwem Leszka Włochyńskiego, zorganizowali spotkanie z udziałem kolegów i towarzyszy broni „Anody”, profesorów i przyjaciół. Wspominano bohatera, wyświetlono film oparty na sztuce teatralnej autorstwa Pawła Mossakowskiego – „Pseudonim Anoda”, oraz urządzono bogatą wystawę rysunków i projektów studenckich „Anody”.

 

Odsłonięcie Kamienia – Pomnika, poświęconego pamięci Jana Rodowicza „Anody” w 90. rocznicę Jego urodzin – 7 marca 2013 roku, w Alei Jego imienia na Ursynowie, miało uroczystą oprawę. Pomnik odsłonił zastępca burmistrza dzielnicy Ursynów p. Witold Kołodziejski w towarzystwie prof. Tytusa Karlikowskiego – uczestnika Powstania Warszawskiego przewodniczącego Środowiska Żołnierzy Batalionu „Zośka”, trzech księży, oraz dowódcy oddziału asysty wojskowej. Żołnierze prezentowali broń, odegrali apel, złożyli kwiaty. Przemawiał zastępca burmistrza Ursynowa i ks. Józef Maj – proboszcz parafii kościoła św. Katarzyny. On również poświęcił Kamień przy udziale kanonika ks. Stefana Wysockiego i ks. dr Henryka Kwietlińskiego – kapelana Szarych Szeregów. Obecne były liczne delegacje młodzieży szkół warszawskich i drużyn harcerzy ze sztandarami, które pochyliły się w marszu przed pomnikiem, wraz ze sztandarami Batalionów „Zośki” i „Parasola”. W milczeniu składali kwiaty przybyli na uroczystość leciwi towarzysze broni i koledzy ze studiów „Anody”.

Na szerokim pasie zieleni, po środku Alei Jana Rodowicza, postawiony został unikalny pomnik przedstawiciela pokolenia Polaków, urodzonych w latach dwudziestych XX wieku. Wychowani przez rodziców i nauczycieli, którzy w euforii przeżyli odzyskanie niepodległości w 1918 roku, z entuzjazmem odbudowywali Rzeczpospolitą zrujnowaną przez przeszło stuletnią niewolę i pierwszą wojnę światową, patriotyczne ideały przekazali swoim dzieciom i wychowankom.

I to pokolenie – zwane „pokoleniem Kolumbów”, złożyło potem największe ofiary i poniosło największe straty na wszystkich frontach, w łagrach, obozach, zesłaniach i więzieniach w czasie II wojny światowej. W czasie totalistycznych prześladowań po zakończeniu wojny, zyskali miano „Żołnierzy Wyklętych”. Ci, którzy ocaleli – niezależnie od przekonań odbudowali z ruin zniszczony kraj, w niezwykle trudnych warunkach, w ciągłym lęku o następny dzień, borykając się z niewyobrażalnymi ograniczeniami i trudnościami życiowymi i zawodowymi, które dzisiejszym ludziom wydają się „legendą”. Tym „szaleńcom” pomników nikt nie stawia, nie było żadnej uchwały sejmowej, nie dostali „dodatków do emerytur”, mają swoje krzyże brzozowe na Powązkach, niektórych stopniowo wykopuje się na różnych ”łączkach”, czasem mają swoje wieczory wspomnień i wystawy. (…)

Cześć Jego pamięci!

 

FOTO: MACIEJ ŚWIĄTKOWSKI

Cały artykuł w ARCH#23, dostępnym w archiwum wydań

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook