AUTOR ARTYKUŁU
JAKUB ADAMIAK
ROZMOWA Z JERZYM GURAWSKIM
6 czerwca 2014 | wyślij link
ROZMOWA Z JERZYM GURAWSKIM

W 2006 roku otrzymał Pan Honorową Nagrodę SARP-u oraz w ubiegłym roku Honorową Nagrodę Poznańskiego Oddziału SARP. W latach poprzednich został Pan wyróżniony wieloma innymi. Która z nagród, jakie Pan otrzymał, znacząco wpłynęła lub zmieniła bieg wydarzeń w Pana życiu?

Myślę, że była to pierwsza nagroda (z roku 1959), którą otrzymałem za teatr objazdowy – dodała mi odwagi i wiary w siebie. Poza tym za jej sprawą skontaktowałem się z niezwykłymi ludźmi, tzw. ludźmi przedwojennymi, którzy zasiadali w sądzie konkursowym, między innymi z postacią w teatrze wręcz świętą – Szychtmanem. Pamiętam, jak szedłem na ul. Foksal, na ogłoszenie wyników konkursu, był to podniosły moment. W tamtych czasach do konkursów podchodziło się z większą powagą. Jury omawiało wyniki z laureatami. W sądzie konkursowym zasiadali ludzie o wiele ode mnie starsi, ja byłem wtedy młokosem, a oni doświadczonymi, wręcz legendarnymi architektami. Byłem bardzo zestresowany idąc tam i postanowiłem wstąpić do knajpy i huknąć sobie „setę”. Lekko mnie to złagodziło i z przyjemnością wysłuchałem wszystkich uwag jury.

Z tej perspektywy –  jak patrzę na dzisiejsze konkursy, które odbywają się bez nagród, bez rozmów, bez dyskusji pokonkursowych – to odnoszę wrażenie, że upadek konkursów stał się faktem.

 

Czy zgodzi się Pan, że brak nagród, choć minimalnie rekompensujących wielotygodniową pracę włożoną w przygotowanie projektu nie zachęca, a może i odstrasza potencjalnych uczestników konkursów?

Oczywiście. Lekceważy się zawód projektantów, który jest tak ważny. Powiem szczerze, że nie rozumiem z czego to wynika. Dyskusja pokonkursowa zawsze budziła emocje. Teraz praktycznie tej formy podsumowania wyników się nie praktykuje. Sprawdza się formalności – to one stały się ważniejsze, niż same projekty. Inną sprawą jest to, że w każdym konkursie sędziowanym przez architektów, którzy pracują i znają swój zawód, znają prace kolegów, nie ma mowy o pełnej anonimowości. Nie trzeba sprawdzać, kto daną pracę podpisał, wystarczy spojrzeć na projekty. Odwołuję się tutaj do drugiego, tym razem dramatycznego konkursu na budowę wydziału historycznego UAM, w którym większość prac została unieważniona z powodów formalnych. To było okropne przeżycie, które bardzo mnie zniesmaczyło.

 

Młodzi architekci nie przystępują do konkursów z powodu konieczności zaangażowania czasu i wysiłku w pracę, która nie zostanie w żaden sposób zrekompensowana.

Udział w konkursach był kiedyś fascynującą przygodą. Przygotowywało się projekty po pracy, wieczorami a nawet nocami, w wynajętych pomieszczeniach, w różnych miejscach np. na poddaszach.

Pamiętam, jak do jednego konkursu wynajęliśmy z Marianem Fikusem mieszkanie na pewnym osiedlu. Trzeba było przewieźć stoły i krzesła, aby pracować popołudniami, wieczorami i nocami. Pewnego poranka, około godz. 5 rano, po przepracowanej nocy wyszedłem na dziedziniec budynku. Było lato i z otwartych okien niósł się pomruk chrapiących ludzi. (śmiech) Dowodzi to faktu, że żeby robić konkurs trzeba być szaleńcem i poświęcić na to mnóstwo czasu. A teraz młodzi ludzie nie mają czasu. Poza tym nałożono takie bariery formalne, że młodzi nie zawsze mogą podchodzić do konkursów. (…)

 

Uważa Pan, że organizacja konkursów była lepsza?

Niektóre sprawy i rozwiązywanie problemów były lepiej zorganizowane, bez nadmiernej administracji, bez procedur. Teraz warunki dopuszczenia do konkursu są tak skonstruowane, jakby człowiek miał złe zamiary, albo był przestępcą. Młody człowiek nie spełni tych warunków, np. wymogu realizacji w przeciągu ostatnich 3 lat budynku o dużej kubaturze. Bardzo mnie martwi ta dyskryminacja młodych ludzi. Nierzadko 30 a nawet 40-letni architekci nie spełniają wymogów konkursowych. Uważam, że jest to też naszą winą, czyli SARP-u, że dopuściliśmy do takiej sytuacji. W pewnym momencie w SARP-ie zaczęły dominować duże pracownie i wtedy ten problem został zaniedbany. I choć SARP teraz stara się podkreślać ważność jak najszerszego dostępu do konkursu, to ten głos nie zawsze jest brany pod uwagę. A to młodzi ludzie powinni wnosić do architektury powiew świeżości i zmian.

 

Gdy brał Pan udział dawniej w konkursach tematami były nierzadko centra miast i całe dzielnice. Dzisiaj ten sposób planowania zupełnie upadł. Tworzone są plany dla dwóch działek, decyzje o warunkach zabudowy obejmują całe osiedla. Architekci i urbaniści zostali wyparci w tej dziedzinie przez planistów, którzy nie do końca posiadają wystarczającą wiedzę i warsztat.

Przygotowanie planistów, zwanych dawniej urbanistami, zniknęło. Teraz kształci ich każda uczelnia: Akademia Ekonomiczna, Akademia Rolnicza, czy Wydział Geografii na Uniwersytecie. Kiedyś urbanistów kształciło się w oparciu o wiedzę z zakresu podstaw tworzenia miasta, komunikację itd. Teraz wytyczne planistyczne są nieuporządkowane i nie są oparte o przestrzeń. Nikt już nie rysuje tego, co w latach 60. rysowaliśmy z Marianem Fikusem. Wtedy nastąpiło przebudzenie się, pojawiła się nadzieja na odbudowę. Miasta zaczęły myśleć o odbudowie, rozbudowie i poszerzeniu struktury. Stąd wzięła się ta ogromna ilość konkursów na miasta, szczególnie średniej wielkości. Oczywiście były też ogromne konkursy dotyczące dzielnic Warszawy i Krakowa. W Poznaniu rozważano różne koncepcje zabudowy terenów Rataj i ostatecznie wybrano projekt Reginy Pawuły, Jerzego Schmidta oraz Zdzisławy Piwowarczyk, z ogromnymi post-corbusierowskimi domami, które do dzisiaj stoją i wzbudzają respekt.

Urbanistyka miast, w dawnym ujęciu, tzn. rysowania przestrzennego, szukania kompozycji i proporcji zniknęła. Planowanie przestrzenne zlikwidowało to podejście. Dzisiejsze planowanie to głównie wyznaczanie pod naciskiem inwestorów prywatnych – terenów pod różne zabudowy, np. sklepu na terenie parkingu, który obsługiwał urząd. Niektóre działania są tak przypadkowe, aż wierzyć się nie chce, że mają miejsce. Patrzę ze strachem na budowlę, która ma powstać pod wzgórzem św. Wojciecha przysłaniając tym samym kolejny widok. Wiadomo, że usunięto już widok z ul. Solnej na katedrę. A to właśnie jest planowanie przestrzenne. Ktoś musi wiedzieć, że są miejsca, w których istnieją otwarcia, panoramy, w których architektonicznie coś się dzieje. (…)

 

Skoro już mówimy o Poznaniu  – jaki jest Pana ulubiony budynek?

Jeżeli chodzi o moje projekty, z przyjemnością odbieram pozytywne opinie na temat wstęgi Warty, w tym nie tylko ludzi tam mieszkających, mimo, że powstał w dziwnych czasach, w latach 90-tych. Oczywiście na Kampusie UAM budynki, które zbudowałem i są otwarte na zieleń. Zasadą budynków, które robiłem dla Uniwersytetu była skromna struktura i jasna, wielka, piękna nauka. Teraz obserwuję odwrót i zamykanie się campusu na zieleń i wstawianie tam śmietników, a otwarcie na ulice i parkingi. To zaprzecza idei campusu i spotkań. Niezrozumienie specyfiki campusu, jest powodem błędnych opinii, o którym nawet ktoś ostatnio napisał „getto”, wymieniając campus Na Morasku przy campusie Berkeley i Oxford. Ale rzeczywiście jeszcze nie doszło do momentu, o którym marzyłem, gdy robiłem Uniwersytet, żeby nastąpiło w campusie spotkanie wszystkich kierunków. (…)

Jeżeli chodzi o budynki innych architektów myślę, że nie będę zbyt oryginalny, jeżeli powiem Stary Browar, zwłaszcza jego wnętrza, szalenie mi odpowiadają i często tam chodzę. Ale są też inne budynki jakby niedostrzegane. Chodzi mi o cały ciąg budynków wybudowanych na ul. Piątkowskiej. Przepięknie zrobiona mieszkaniówka przez Wojtka Marcinkowskiego. Dalej idąc budynek Karola Fiedora i wspaniały czarny budynek autorstwa Szymona Januszewskiego (biuro Insomia). Dają one powiew świeżości w poznańskiej architekturze. Na ul. Piątkowskiej wymienić również muszę pracę biura Arcada, które zrobiło znakomitą rewitalizację przepompowni.

Podobają mi się projekty Sławomira Rosolskiego między innymi – City Park. Widać, że poświęca im dużo czasu. Jego autorstwa są też piękne wille na Sołaczu. Z tym, że są to wszystko domy dla ludzi bardzo bogatych. Chciałbym zobaczyć też taką architekturę dla uboższych ludzi, czy młodych ludzi szukających mieszkania za przyzwoitą cenę. Jak przyglądam się często rysunkom wielkich apartamentów i mieszkań dla ludzi z klasy średniej muszę przyznać, że funkcjonalnie bardziej odpowiadają mi te drugie. Takie budynki funkcjonalne, solidne, przeszklone tworzą państwo Sipińscy, którzy zdobywają wiele nagród.

 

Jaki jest wymarzony projekt, który chciałby Pan zrealizować. Czy to może „Niewidzialny teatr”, o którym kiedyś Pan wspominał?

Teatr to ciekawy temat. Jestem w bliskim kontakcie z Teatrem Polskim. Zrobiłem tam niewielką salę w Malarni i ona stała się lejtmotywem dla tego teatru, gdzie odbywa się dużo spektakli. Mimo, iż jest nieduża i skromna, spełnia warunki dotyczące przestrzeni, którą można dowolnie kreować.

 

Niedawno z Poznaniu mogliśmy posłuchać wykładu Renato Rizzi, który projektuje w Gdańsku Teatr Szekspirowski. Stwierdził on, że już nie uczymy wrażliwości i architektów interesuje już tylko technika i technologia. Czy Pan się z tym poglądem zgadza?

Nie powiedziałbym tak. Rzeczywiście jest odłam przerażający, który pędzi już teraz nie za Zachodem, ale za Azją – Hongkongiem czy Szanghajem. To jest przerażające. Czy tak ma wyglądać przyszłość przestrzenna miast i ludzi? To są same wieżowce, których tempo powstawania jest nieokiełznane. Rosja tej modzie uległa. Gdy spojrzymy na Moskwę to wszystkie place i prześliczne kopuły zniknęły wśród mody wieżowców, która przyszła z innych stron.

Ale jest też drugi nurt, który ukazany jest np. w budynku powstałego niedawno służewskiego Domu Kultury. Widać go również w rozwoju małych miast np. Zbąszynia, gdzie zaprojektowałem filharmonię – małą, kameralną, ale z charakterem. Małe miasta mają w tej chwili szansę na reanimację polskiej myśli architektonicznej, ponieważ mają inne warunki i walory. Pasja budowania wieżowców i pomysły np. kopiowania Manhattanu na poznański grunt są niedorzeczne. Architektura powinna być osadzona w jakimś kontekście. I może wzbudzać podziw i być wysublimowana. Za przykład mogą posłużyć budynki na ul. Piątkowskiej, o których wspomniałem wcześniej.

Tak dużo się mówi o tym strasznym domu we Wrocławiu. Powstał tam ogromny budynek i już nie ma polskiej nazwy tylko „Sky Tower”. Gdy dojeżdżało się do Wrocławia od strony autostrady kiedyś było widać piękne, duże miasto z wieżami kościołów, a teraz jak na pastwisku, kij wbity w środek i jakieś miasteczko. Źle to wygląda.

Do szału doprowadza mnie pasja wieżowców. Może nie mam racji, ale absolutnie mi to nie odpowiada. Warszawa, która poszła w tę stronę i nabudowała pełno wieżowców, takich, śmakich, krzywych, prostych –  brakuje jeszcze półokrągłego – zgubiła charakter miasta.

 

Na koniec poproszę o jakiś optymistyczny akcent…

Optymistyczne jest to, że powstało bardzo dużo ładnych obiektów. Ja na przykład jestem ze swojego budynku AWF-u bardzo zadowolony, choć kto inny teraz robi salę gimnastyczną. Jest bardzo dużo fajnych miejsc. Przede wszystkim z przyjemnością patrzę jak w Poznaniu zagospodarowywana jest zieleń. Aleje pełne drzew, utrzymanych znakomicie, przepiękne łąki kwiatowe, które na wiosnę kwitną, małe placyki, które nagle zostały ożywione. Piękny jest placyk z facetem, gdzie leje się woda. Bardzo dużo zrobiono takich małych rzeczy, o dziwo znakomicie.

 

 

Cały artykuł w ARCH #22, dostępnym w archiwum wydań

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook