AUTOR ARTYKUŁU
MACIEJ SKAZA
ERNESTYNA SZPAKOWSKA
PAŹDZIERNIKOWE BACHANALIA Z GRAZEM W TLE
18 lutego 2014 | wyślij link
PAŹDZIERNIKOWE BACHANALIA Z GRAZEM W TLE

Mityczne więc, kulturowe i społeczne walory wina nie podlegają dyskusji. Wydaje się, że funkcjonujący bez niego dorosły znalazłby się na marginesie, pozbawiony koniecznego rynsztunku w sytuacjach towarzyskich i eleganckiej waluty w kontaktach biznesowych. Mimo to myśl, że można architekturę powiązać z winem wydaje się być tezą cokolwiek ryzykowną. Wszak jedno jest domeną oka, a drugie smaku i (powiązanego z nim) węchu. Tu fizyczne ciało stałe, oparte na prawach statyki, mające na celu trwanie (w domyśle wieczność), a tam ulotna ciecz, która co prawda kilkaset lat może spędzić zamknięta w beczce, by później (lub wcześniej) zniknąć w mgnieniu oka, niezależnie od ciśnienia i temperatury, przypisanych prawom fizyki.

A jednak… Przeprowadzono hazardową próbę scalenia odmienności. Nadania architekturze ulotności, smaku i zapachu, a boskiemu trunkowi – materialnej fizyczności. Próbę skierowania oka w jednak stronę, a nosa w drugą – jednocześnie; w ekwilibrystycznym pląsie. To rozdźwięk umysłu i serca… tylko, w którą stronę każde z nich się skieruje? Nieistotne. Istotne jest, iż korzystając z ostatnich promieni październikowego słońca, malującego wzgórza porośnięte winoroślami na złoto, wyruszyliśmy w kierunku Austrii, Słowenii i Węgier, a moment, w którym wsiedliśmy do autokaru, przeistoczył się w moment rozpoczęcia uczty.

Czy i dziś jakość tego trunku idzie w parze z pietyzmem, w jakim go niegdyś wytwarzano? Być może współczesne winiarnie bliższe są fabrykom (nawet jeśli niewielkim) produkującym hektolitry płynu w stalowych kadziach połyskujących sterylnością, bardziej w halach, niż w piwnicach… Tego wrażenia nie są w stanie zniwelować pełne uroku zdjęcia wnętrz winnicy Dominus (H&deM), na których promienie słoneczne, filtrowane kamieniami, wypełniającymi przegrody z gabionów, tańczą bezustannie na powierzchniach ścian i podłogi. Nie zmienią tego wrażenia pofalowane dachy winnicy Marqués de Riscal (proj. Frank O. Gehry, 2007) i winnicy Ysios (proj. Santiago Calatrava, 2000). Lecz czy na pewno? Czy trunek, którym „opiekował” się Dionizos, a potem Bachus bliższy jest dziś coca-coli, niźli tajemnicom skrzętnie skrywanym w piwnicach Cysterskich monasterów? Nie! Wszak Szekspir mawiał, że „dzięki winu staje się odkrywczy, a oczyma duszy widzi piękne ogniste obrazy”.

Pokusa była zbyt silna. Pragnienie osobistego odkrycia tajemnicy produkcji wina i równocześnie – roli architektury, jaką nadają jej winiarze, a także architekci, tacy jak Zaha Hadid, czy Mario Botta w końcu nas skusiła. W październiku – terminie bliższym raczej niemieckiemu Octoberfest, niźli starogreckim Małym czy Wielkim Dionizjom, wyruszyliśmy, korzystając z – jak się okazało – ostatnich słonecznych dni, by ostatecznie rozstrzygnąć te wątpliwości.

Droga okazała się w pierwszym etapie podróżą w nieznane. Tonący w ciemnościach nocy świat, spowiła gęsta mgła. Gdy blade słońce, wczesnym rankiem, zaczęło wydobywać kształty z mlecznej zasłony – naszym oczom ukazała się winnica Clausa Preisingera (Gols, proj. Propeller Z, 2010). Zagubiony wśród morza winorośli, ginących w mlecznobiałej gęstwinie, prostopadłościenny budynek zdawał się drzemać, a mgła podkreślała senność atmosfery. (…)

004_Winnica Leo Hillingera, proj Gerner Gerner Plus, 2004r_02_fot MariuszTwardowski

W roku 2009 Zaha Hadid zaprojektowała butelkę na czerwone wino z winnicy Leo Hillingera, wyprodukowaną w ilości 999 sztuk (zdawałoby się, zapewniając elitarność trunku). Jak to u Hadid, utworzony za pomocą NURBowskiego oprogramowania kształt, to wynik studiów nad ergonomią butelki i inspiracji naturalnymi formami – spadającą kroplą. Tam, gdzie w czarnym szkle utworzone zostało wgłębienie na kciuk, rozpoczyna się linia odzwierciedlająca granice pomiędzy wklęsłościami i wypukłościami na powierzchni cieczy, w którą wpada kropla.

Sam budynek winnicy (proj. Gerner Gerner Plus, 2004) w Jois – podobnie jak opisana butelka – miał symbolizować jedność natury i technologii. Zatopiony we wzgórzu i naszpikowany nowoczesnymi maszynami produkcyjnymi, jednocześnie wpuszczając niebo do swego wnętrza poprzez masywne, betonowe świetliki a także krajobraz z widokiem na okoliczne jezioro przez przestronne, szklane otwarcie sali degustacji. Każdy architekt przeistoczył sie w enologa, a zabawa w bycie specjalistą – także w dziedzinie wina – rozpoczęła się na dobre…

Naszą bazą noclegową był Graz – drugie co do wielkości, austriackie miasto o przepięknej starówce, które dane nam było oglądać głównie w nocy. Ciemność pozwalała odkryć jego koronkowe, historyczne budowle w sztucznej iluminacji, gorące kasztany na rynku i niebieski Kunsthaus Graz (proj. Spacelab Cook-Fournier, 2003), o tej późnej porze pełen przebranych za piratów fanów gier planszowych. Noc dała również możliwość wypicia kawy w błękitnej, wieczorową porą kawiarni na wyspie Mur (proj. Vito Acconci, 2003), także okazję do wtargnięcia do zamykanego właśnie budynku Mumuth Music Theatre (proj. UN Studio, 2008) i kapiącego złoceniami foyer Opery, w trakcie spektaklu (proj. Ferdinand Fellner, Herman Helmer, 1899). Mrok odkrył przed nami tajemnicze perełki miasta: renesansowe krużganki na dziedzińcu Landhausu, zakręconą spiralę podwójnej, późnogotyckiej, klatki schodowej Burgu, niesamowitą, drewnianą witrynę piekarni przy Hofgasse i czarne szkło zagadkowego i jeszcze nie ukończonego budynku nieznanego autora o bliżej nieokreślonej funkcji. Niektórym udało się potem zniknąć w grazkim, akademickim trójkącie bermudzkim…

Dzień natomiast pozwolił oglądnąć miasto z zupełnie innej pespektywy – panoramy z wysokości górującego nad Grazem Schlossbergu, sennego niedzielnego spaceru po niemalże wyludnionym zespole mieszkaniowym Messequartier Graz (proj. Marcus Pernthaler, 2011) oraz strzelającej odgłosami dziesiątek migawek sesji fotograficznej biurowca Black Panther (proj. GS Architects, 2008), przywodzącego w pamięci powidoki amsterdamskiego EYE, tym razem w kolorze czerni, nie bieli. Gdzieś po drodze, w towarzyszącym nam stale biegu od punktu do punktu programu, ominęliśmy realizacje Güntera Domeniga, Szyszkowitza, Kowlakiego, Riegler Riewe oraz Klausa Kady i do nich trzeba będzie jeszcze wrócić…(…)

 

Loisium, które już kiedyś odwiedziliśmy wracając z Wiednia, tym razem ukazało się nam w zupełnie innym obliczu. Ostatnie promienie zachodzącego za widnokręgiem słońca wydobywały bowiem na blaszanych płaszczyznach barwy, niczym z rozety w gotyckiej katedrze. Architektoniczna gra miejscami odchylanych w pionie i poziomie ścian, rozciętych nieregularnymi kształtami okien (idea nawiązywać miała do sieci podziemnych korytarzy), wzbogacona została na moment kolorami niczym z bajki dla grzecznych dziewczynek. Fiolety, żółcienie, granaty i złoto na chwilę rozbłysły na stalowo-szarych powierzchniach, by w końcu poddać się nadciągającej nocy. Aż nareszcie zapadła ciemność. I pozostała nam już jedynie podróż powrotna.

Wróciliśmy. Jak zawsze – bogatsi o kolejne doświadczenia, jak zawsze – nienasyceni możliwością obcowania z architekturą wielką, ale także i tą – skromną, w większości przypadków będącą jednak czymś więcej, niż tylko budowaniem kolejnych kubatur z funkcją. Czy pojedziemy dalej? Zapewne – tak. Zdecydowanie – tak! Gdzie – okaże się na wiosnę… I tylko wino, którego zapasy wróciły wraz z nami, zamieniając jedne z luków bagażowych w „mobilne” miejsce leżakowania, czeka jeszcze na stosowną okazję do wspomnień, lub miejsce, w którym mogłoby spocząć na chwilę, jak ta niewielka piwnica, którą niegdyś opisano na łamach „Komunikatu SARP”.

Oinos anthropois dioptrom…

 FOTO: MACIEJ SKAZA, MARIUSZ TWARDOWSKI oraz ERNESTYNA SZPAKOWSKA, BEATA MALINOWSKA-PETELENZ

Cały artykuł w #21 ARCH, dostępnym w archiwum wydań.

006_Wyspa na rzece Mur, proj Vito Acconci, 2003r_01fot MT

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook