AUTOR ARTYKUŁU
FILIP SPRINGER
NOTATKI Z PRZESTRZENI: HISTORIA KILKU ZDERZEŃ
13 lutego 2014 | wyślij link
NOTATKI Z PRZESTRZENI: HISTORIA KILKU ZDERZEŃ

Nowy Jork

Ale tylko na kartach książki. Koolhaas, po raz pierwszy po polsku – o mieście wszystkich miast. Czytam w samolocie. Pod nami ocean i kawałek Grenlandii, gdy trafiam na słowa: „Żyć w świecie od początku do końca stworzonym przez człowieka, to żyć wewnątrz fantazji”. I jeszcze słowa

Georga Tilyou o jego parku rozrywki na Coney Island: „Jeśli Paryż to Francja, Coney Island od czerwca do września jest Światem”.

Bo właśnie o tym pisze Koolhaas. Ta książka tylko pozornie odpowiada na pytanie, skąd się wziął  Nowy Jork. Przy okazji udało mu się znaleźć o wiele ważniejszą odpowiedź. Czytając „Deliryczny Nowy Jork” dowiadujemy się, skąd się wziął dzisiejszy świat.

Chicago

Wysiadam z metra na Chicago/State i idę w kierunku jeziora. Nie umiem zadrzeć tak wysoko głowy, po prostu to ponad moje siły, musiałbym odchylić się do tyłu. Z hotelu widzę wodę i statki zmierzające do portu, nieco bliżej diabelski młyn i inne cuda na pirsie. Później, gdy tam pójdę, zrozumiem, że tu wszystko podporządkowane jest miastu i zachwytowi nad nim. I słusznie, bo zachwyt jest tu konieczny, wymuszony, inne reakcja byłaby nienaturalna. Można nie lubić takiej architektury, można się brzydzić ideą, jaka za nią stała. To przecież materialne świadectwo zasady rządzącej tym światem – pomnażania kapitału bez względu na konsekwencję. A jednak mimo wszystko trzeba to podziwiać, inaczej się nie da.

No więc pierwszego dnia jest najtrudniej, bo nie umiem w to wszystko uwierzyć. Przemykam jeszcze speszony, chciałbym się gdzieś schować, szukam ludzkiej skali. W Water Tower przy Michigan Avenue jest wystawa Reginy Mamou – „Unfortunately, It was Paradise”. Lepiej nie mogłem trafić. Tam na zewnątrz huk miasta aż po samo niebo, a tu cisza i zimne, zamglone pejzaże na wielkoformatowych fotografiach. Mamou sfotografowała miejsca, w których 100 albo i 200 lat temu powstawały pierwsze w Stanach protestanckie komuny i sekty. Ich nadrzędnym celem było stworzenie świata lepszego od tego, który był na zewnątrz. Nie wszystkim się udało, właściwie nikomu, ale to pragnienie pozostało. Można by tego tytułu użyć do fotografowania modernizmu, postmodernizmu, współczesnej przestrzeni formowanej niewidzialną ręką rynku. (…) Dzień później jadę do Oak Park, żeby obejrzeć preriowe domy Franka Lloyda Wrighta. W domu-pracowni tłumy turystów z aparatami. Najwięcej w sklepie – można kupić wszystko – miniatury, puzzle 2 i 3D, klocki, obrazki, grafiki, a nawet T-shirty z rysunkami Falling Water House. Żeby dostać się na oprowadzanie po budynku, trzeba czekać dwie godziny. Można w tym czasie wziąć audioprzewodnik, pospacerować po okolicy i posłuchać opowieści o innych domach Wrighta. Na zestaw z słuchawkami oczekiwanie tylko 45 minut. Przypominam sobie zarośnięty krzakami Szumin, gdzieś na końcu świata i pamięci o Hansenach. Czy można porównać Hansena do Wrighta? Nie można? Czy z domów i pracowni pomniejszych architektów dałoby się zrobić taką atrakcję jak ta tutaj, godzinę drogi od centrum Chicago? Zapewne tak. (…)

Bukareszt

Takie miasta smucą mnie najbardziej. Miasta z potencjałem, ukształtowane, z bulwarami, piękną przedwojenną moderną, z secesją, z wszystkim, czego dusza zapragnie. Zapaskudzone, zasyfione, zagrzybiałe. Z pękami drutów przykleconymi byle jak do słupów, z wszechobecną reklamą i śmieciami, moczem w każdym ciemniejszym kącie i sforami bezdomnych psów. Wyć się chce razem z nimi.

Chodzę po centrum, poczucie obowiązku („skoro tu jestem…”) miesza mi się z ciekawością i niedospaniem. To może przez to po dwóch godzinach robi mi się niedobrze. Wszędzie samochody – na chodnikach, skwerach, ulicach. Pieszy się nie liczy, pieszy nie ma znaczenia. Żeby chociaż Dacie, jak kiedyś. Zajmowały pewnie mniej miejsca i jakoś ich natłok dało się znieść. Ale nie – to jest stolica, więc nikt, kto się choć trochę szanuje, Dacią już nie jeździ. Wypasione SUV-y , BMW, Mercedesy – zalegają jak cielska wielkich zwierząt wyrzuconych na brzeg. Za nic mają świat, im się wszystko należy. Budzi się we mnie anarchista, mam ochotę wziąć gwóźdź i ryć nim po tych srebrnych karoseriach, albo napisać im na maskach, że to jest chodnik i chcę po nim przejść. Pod jednym z ministerstw daję za wygraną, morze samochodów, akurat kończy się dzień pracy. Z budynku wylewają się urzędnicy. Wyglądają sympatycznie. Wsiadają do swoich aut i odjeżdżają. Miejsca, które się po nich zwalniają, od razu zajmują nowi. Natura nie znosi próżni.

Gosię Rejmer, autorkę świetnego „Bukaresztu” pytam, czy to czasem nie jest tak, że Rumunia jest taką bardziej irytującą Polską. Bo wszystko, z czym borykamy się nad Wisłą, oni tu mają zwielokrotnione. Gosia odpowiada bez wahania – tak, Rumun to jest taki Polak tylko, że bardziej. A ja sobie myślę, czy my byśmy mieli tu taki Bukareszt, gdybyśmy tylko ludziom pozwolili czy powstrzymaliby się sami? Gdzie jest w Polsce granica, za którą przychodzi opamiętanie?

Karpacz

Pierwszy śnieg w Karkonoszach, idę do Samotni. Wysiadam z autobusu w Białym Jarze i zaczynam podejście. Po prawej, tam w dole – klejnot w koronie miejscowego burmistrza – hotel Gołębiewski. Kilka tygodni temu wszystkie samowole i niezgodności z planem miejscowym zostały zalegalizowane przez Radę Miasta. Teraz wszystko jest już po bożemu, zgodnie z prawem. Właściwie nie ma już o czym mówić. Więc zamilknijmy. Przed nami droga i drewniane schronisko na dnie kotła Małego Stawu. Jedno z niewielu miejsc, gdzie można naprawdę i do głębi zapomnieć o tym, co na dole.

FOTO: FILIP SPRINGER

Cały artykuł w ARCH#20, dostępnym w archiwum wydań

CHICAGO

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook