AUTOR ARTYKUŁU
MARCIN SZOSKA
JAK LE CORBUSIER CHCIAŁ UWIEŚĆ AMERYKĘ
27 grudnia 2013 | wyślij link
JAK LE CORBUSIER CHCIAŁ UWIEŚĆ AMERYKĘ

„Kiedy katedry były białe: podróż do kraju ludzi bojaźliwych” to dydaktyczna rozprawka o kondycji Ameryki i średniowieczny moralitet zarazem. Błędny rycerz Le Corbusier nie przyjechał do Ameryki w celu znalezienia pracy, przyjechał z misją architektonicznego i urbanistycznego odkupienia Nowego Świata, którego grzechem pierworodnym było odkrycie kapitalizmu.

 

Czwartego października 1917 roku z górskiego tunelu wyłonił się pociąg. Punktualnie zatrzymał się na stacji w La Chaux-de-Fonds – światowym centrum produkcji szwajcarskich zegarków. Zgodnie z prognozą w „La Feuille d’Avis” poranna mgła ustąpiła nieskazitelnie czystemu niebu. Trzydziestoletni niedoszły zegarmistrzowski rytownik zajął miejsce w przedziale. Dwa dni poźniej jego ojciec zanotował w swoim dzienniku: „Eduardo bezpowrotnie udał się do Paryża. Jego idee nie pasowały do tego miejsca”. Eduardo, znany później jako Le Corbusier, jak Zaratustra schodzi z gór brzemienny mądrością, którą chce się podzielić z rodzajem ludzkim. Kilka miesięcy wcześniej z tej samej stacji w La Chaux-de-Fonds rosyjski wygnaniec o nazwisku Uljanow wyruszył do Genewy, a następnie wysiadł na Dworcu Fińskim w Petersburgu, skąd zaczął kierować rosyjską rewolucją.

 

Rok 2013. W nowojorskim Museum of Modern Art trwa właśnie wystawa zatytułowana Le Corbusier: An Atlas of Modern Landcapes (Le Corbusier: Atlas modernistycznych pejzaży). Niczym filmowy montażysta przyglądam się zdjęciom, rysunkom, tekstom autorstwa Pierwszego Globalnego Architekta. Z materiałów tych można by utkać system nielinearnych narracji podróżniczych, bo podróży tu w nadmiarze: Barcelona, Rzym, Algier, Rio de Janeiro, Buenos Aires, Nowy Jork, Chandigarh.

 

Od samego myślenia nad deską kreślarską nie zostaje się architektem. W tym celu należy opuścić miejsce urodzenia, stać się nomadem i zbadać morfologię obcych miast. Tak wiele jest przestrzeni na morzu i ziemi, które Le Crobusier – architekt bez granic – miał okazję w swej wedrówce odwiedzić. W przepastnych archiwach, jakie po sobie pozostawił, odnajduję ilustrację zatytułowaną „Przechodzień z Princeton”. Przedstawia ona olbrzymią sylwetkę mężczyzny w charkaterystycznych masywnych okularach, meloniku i z fajką w ustach przekraczającego Atlantyk. Na tej mapie-rycinie Nowy Jork i Paryż to najbliżej położone względem siebie miasta. Ilustracja pochodzi z 1935 roku, kiedy to voyeur Le Corbusier pojechał podglądać tubylców z Manhattanu, pełen fascynacji światłami Broadwayu, ale także pełen uprzedzeń jak wiktoriański antropolog. W trakcie tej wizyty Le Corbusier pragnął uwieść Amerykę. Rozczarował się i podobnie jak Witkacy, który po toksycznym romansie musiał napisać „622 upadki Bunga”, tak i Le Corbusier zdekonstruwał swoje platoniczne uczucie do Ameryki w książce „Kiedy katedry były białe: podróż do kraju ludzi bojaźliwych”. (…)

 

Manhattan musi być zniszczony!

Ta wizyta, choć bardzo intensywna – w przeciągu miesiąca 21 wykładów – okazała się atlantyckim nieporozumieniem. Trudności piętrzyły się już przed wyjazdem. MoMA, które było oficjalnym sponsorem podróży zaoferowało Le Corbusierowi za cykl wykładów niesatysfakcjonującą stawkę, którą porównał z uposażeniem prowincjonalnego nauczyciela na tournée z pogadanką o Chopinie. Tragiczny bohater Le Corbusier, szukający rozgłosu, w dniu przyjazdu został również zlekceważony przez nowojorską prasę. Zapewne myślał, iż bogaci Jankesi przywitają go blaskiem fleszy. Będzie z tego piękna pamiątka na tle Manhattanu. – Jacob, gdzie reporterzy? – pyta swojego tłumacza. Ten, próbując załagodzić niezręczną sytuację, wręcza pięciodolarowy banknot przypadkowemu fotografowi, który symuluje wykonanie fotografii. W ciągu następnych tygodni Le Corbusier, przeglądając prasę, ciągle ponawia pytanie: – Gdzie moje zdjęcie w nowojorskim porcie?

 

2

 

I tak już będzie do końca tej wizyty. Le Corbusier dla Ameryki pozostanie „niewidzialny”. Będzie też więcej skeczy w stylu Monty Pythona: Le Corbusier rozdający fotografom za odpowiednią opłatą swoje portrety wykonane w paryskim atelier czy też histeryczna reakcja studentek błagających o autograf na rozszarpanym rysunku sporządzonym podczas wykładu.

 

Po latach odysei od metropolii do metropolii planista marzący o idealnym mieście przyjechał do Ameryki sfalsyfikować hipotezę o powtarzalnym mechanizmie odrzucenia jego projektów. Po Paryżu, Moskwie, Algierze – Manhattan to ostatni kandydat. Nowy Jork jednakże okaże się kolejnym epizodem z serii rozczarowań, niepowodzeń i odrzucenia.

 

To musiał być trudny człowiek. Jego osobowość wprawiała w konsternację. Posługiwał sie agresywną techniką sprzedaży, fatalną polemiczno-krytyczną metodą promocji swojego Radiant City racjonalnego jak fabryka forda. Francuski intelektualista rozpoczyna kampanię oczerniania. Przyjachał znieważać drobnomieszczańskich obywateli Ameryki. To wspaniały kraj – mówi – ale Nowy Jork to czarująca architektoniczna katastrofa. Jest jak Kurtz, bohater Conradowskiego Jądra Ciemności, który oznajmia – Wytępić całe to bydło! Wieżowce Manhattanu są niczym współcześni Indianie a Le Corbusier w sferze architektury pragnie odtworzyć pierwotną zbrodnię Nowego Świata. Manhattan należy zrównać z ziemią za pomocą ognia francuskiej artylerii. Ta konieczna i nieunikniona destrukcja przeszłości w celu zbudownia przyszłości współgra z naczelnym tropem „Tako rzecze Zaratustra”, w którym się zaczytywał.

 

Wszystko w tym mieście to paradoks i nieład. Siatka ulic w sam raz dla ruchu konnych bryczek, wieżowce zbyt niskie i zbyt wiele, Central Park zbyt duży, brak cyrkulacji, gęste klastry budynków powodujące śmierć ulicy, przekrwione centrum, miasto paniki. Zaratustra wieszczył śmierć Boga, Le Corbusier wieszczy śmierć Akademii. Biedni nowojorczycy nie słyszeli, że Beaux-Arts już umarło. Jedyną możliwością odkupienia jest wysublimowana europejska myśl, która przybrała formę planu Radiant City. Końcem urbanistycznej historii są wieżowce na planie krzyża przypominające strukturę plastra miodu z komórkami dla kilku tysięcy przczół. Tubylcy są silni – my Europejczycy natomiast posiadamy rozum. Na co dzień żyjemy w otoczeniu Kanta, Spinozy i Nietzschego. Kartezjusz nie był Amerykaninem. Nie powstał tu żaden istotny nurt filozoficzny – no może z wyjątkiem pragmatyzmu. Amerykańskich dzikusów należy wyzwolić za pomocą europejskiej filozofii, w przeciwnym wypadku skłoni są kupować fałszywe Rembrandty, a Gustave’a Flauberta brać za modnego nowojorskiego restauratora. W tej krytyce jest pewien rodzaj hipokryzji: w końcu to nie francuskie, a amerykańskie silosy zbożowe inspirowały modernistyczną awangardę, to amerykańska technologia pozwalała na zbudowanie kartezjańskich wieżowców Le Crobusiera. (…)

 

FOTO:

1_Le Corbusier na pokładzie samolotu linii TWA, lot z Chicago do Nowego Jorku, 28 listopada 1935. FOTO: Robert Allan Jacobs; FLC L5(2)42); copyright ©FLC/ADAGP, 2013

 

2_Widok z Empire State Building na Chrysler Building i Most Queensboro, 19 stycznia 1932; FOTO: © Gottscho-Schleisner Collection, Library of Congress, Prints and Photographs Division (LC-DIG-ppmsca-05841)

 

Cały artykuł w listopadowo-grudniowym numerze ARCH#20

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook