AUTOR ARTYKUŁU
ROMUALD DEMIDENKO
MIASTO TO RING – MUSIMY WALCZYĆ, BY BYŁO PRZYJAZNE MIESZKAŃCOM
19 grudnia 2013 | wyślij link
MIASTO TO RING – MUSIMY WALCZYĆ, BY BYŁO PRZYJAZNE MIESZKAŃCOM

Miasta nie zaspokajają naszych potrzeb, a że dzieje się źle, musimy sami wywalczyć zmiany – mówią aktywistki miejskie: Marta Żakowska, redaktorka naczelna „Magazynu Miasta” i Joanna Erbel, socjolożka z Instytutu Studiów Zaawansowanych w Warszawie. Rozmowę przeprowadził Romuald Demidenko, kurator sztuki związany obecnie z rewitalizacją społeczną Parku Tysiąclecia w Zielonej Górze

 

 

(…) W Polsce króluje chaos przestrzenny, brak jest wzajemnego zrozumienia pomiędzy deweloperami, a lokalnymi mieszkańcami. Sporo jest też konfliktów między różnymi grupami, np. pomiędzy kierowcami a rowerzystami, a nawet międzypokoleniowych.

Marta Żakowska: Miasto to przestrzeń konfliktów społecznych, zawsze tak było. Społeczeństwa oparte są na nierównościach i różnicach, czyli na konfliktach interesów. Do tego każda ewolucja generuje nowe spory i wszystkie trzeba unaoczniać na różnych poziomach, nie żywiąc się złudnym przekonaniem, że można w ich kontekście łatwo i szybko dojść do realnego konsensusu. I tu wracamy do zarządzania. Tylko odpowiednie zarządzanie, u którego podstaw leży pojęcie dobra wspólnego, prowadzić może do rozwoju miast jako przestrzeni, w których chcą i mogą sobie pozwolić żyć różne grupy społeczne, i które – w związku z tym, z automatu – mają się też dobrze w kontekście rozwoju ekonomicznego.

Wszystkie problemy, które wymieniasz w tym pytaniu, związane są akurat ze zrównoważonym rozwojem, czyli rozwojem przestrzeni w taki sposób, by zaspokajał on różne potrzeby mieszkańców i nie produkował problemów przyszłym pokoleniom.

Joanna Erbel: Konflikty są konieczne, ponieważ pokazują, w jakich miejscach system nie działa. Nam, aktywistom i aktywistkom miejskim, zależy na tym, żeby te problemy rozwiązywać w taki sposób, aby żadna z grup społecznych nie była wykluczona. Odpowiedzi na pytanie – jak sprawić, żeby miasta były przyjazne dla wszystkich – szukamy na różnych poziomach: superlokalnym (najbliższe osiedle), lokalnym (poziom miasta) i ponadlokalnym (rozwiązania na poziomie państwa). Nie wyznaczamy jednej najlepszej strategii, która zbawi nas wszystkich, ale pokazujemy wielość sposobów, poprzez które możemy działać na rzecz poprawy jakości naszego otoczenia. To, który z tych poziomów wybieramy, zależy od kapitału jaki posiadamy (zarówno społecznego, kulturowego, jak i ekonomicznego) oraz naszego temperamentu. Jedni sprawdzają się dobrze w oddolnych efemerycznych akcjach, inni na protestach, a jeszcze inni we współpracy z urzędami, czy pracując w samym urzędzie.

 

Gdy już mówimy o urzędach – to czy u podstaw chaosu przestrzennego nie leży przypadkiem urzędnicza indolencja, brak odpowiednich regulacji i zapisów?

Marta Żakowska: Nie cofniemy czasu i niestety nie pozbędziemy się koszmarnych realizacji wynikających z problemu ustawodawczego i nieodpowiedzialności deweloperów. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, które zajmuje się teraz miastami, we współpracy z różnymi ekspertami zaczyna jednak właśnie prace nad niektórymi dokumentami, które pomogłyby uporządkować tę kwestię, blokując kolejne błędy popełniane w obrębie miast i metropolii. W MRR powstał też właśnie Departament ds. Polityki Przestrzennej, a Parlamentarny Zespół ds. Polityki Miejskiej, składający się z przedstawicieli sejmu i strony społecznej, obiecuje pilnować tego, by obietnice MRR doszły do skutku i miały sens. Oby to się udało, bo już kilka ważnych inicjatyw ustawodawczych w tym temacie legło. (…)

 

Zmienił się sposób, w jaki pracują mieszkańcy miast, są bardziej mobilni i inaczej spędzają wolny czas. Mówi się o tym, że stopniowo w Polsce odradza się idea robienia różnych rzeczy wspólnie, a już na pewno spędzania czasu poza domem. Serwisy społecznościowe też na pewno wpłynęły na sposób, w jaki reagujemy na rzeczywistość, jak ją komentujemy, coraz częściej w kwestiach dotyczących przestrzeni publicznej i jej zawłaszczania.

Marta Żakowska: Rzeczywiście, ostatnie kilka lat w Polsce przyniosło wiele nowych typów tzw. ruchów miejskich. Mam wrażenie, że po podstawowej adaptacji do nowego systemu, czyli po tych 20 latach od transformacji, pojawia się w końcu miejsce na jego oddolną krytykę, zaangażowanie mieszkańców w losy ich okolicy, walkę o jakość życia, wpływ na miejskie decyzje. Być może dojrzeliśmy do stwierdzenia, że demokracja, którą nam zaserwowano, jest zbyt mało demokratyczna. Miasta nie zaspokajają naszych potrzeb, a że dzieje się źle, musimy sami wywalczyć zmiany. Dojrzały też pokolenia wychowane w „nowym systemie”, a to im najłatwiej jest zauważyć jego błędy, luki, szczególnie w porównaniu z różnymi rozwiązaniami funkcjonującymi na Zachodzie. (…)

 

Od pewnego czasu działa Instytut Studiów Zaawansowanych, który ma seminarium o przestrzeni publicznej, a w Warszawie powstaje mapa pustostanów. Co wynika z tych badań?

Joanna Erbel: Pomysł na tworzenie mapy pustostanów nie jest niczym nowym. Taka mapa istnieje między innymi w Budapeszcie. To właśnie stamtąd idea przywędrowała do Warszawy razem z węgierskim kuratorem, Leventem Polyakiem współpracującym z Fundacją Bęc Zmiana. Bęc Zmiana zwróciła się do mnie z tą inicjatywą. Postanowiliśmy razem z władzami miasta stworzyć warszawską mapę pustostanów. Podobna powstaje w Katowicach. Głównych celem stworzenia takiej mapy jest doprowadzenie do tego, żeby pustostanów w mieście było jak najmniej. Jest to ważne dlatego, że każdy lokal – zwłaszcza użytkowy, który mijamy na ulicy – jest sygnałem, że miasto działa źle. Czasami nie wynika to ze złej woli miasta (urzędu), ale na przykład ze stanu prawnego. W Warszawie jest wiele pustostanów, które miasto nie może komercyjnie wynająć, bo są np. w procesie reprywatyzacji – wynajem komercyjny sprawiłby, że miasto musiałoby oddać zarobione pieniądze właścicielowi albo właścicielce, którzy by ten lokal odzyskali. To skomplikowana sytuacja prawna, o której jednak osoba przechodząc obok nie ma pojęcia. Wyobraź sobie, że idziesz ulicą a tam pustostan. Pierwsza myśl jaka ci przychodzi do głowy to to, że miasto zrobiło coś nie tak. A czasami jest tak, że ma związane ręce. Taka mapa pustostanów, na której możesz otagować na mapie dany lokal i zapytać o jego stan, powie ci dokładnie, co się z nim dzieje. Kto jest właścicielem – miasto czy prywatna osoba lub firma? Czy można go wynająć, a jeśli tak, na jakich zasadach. Liczymy z Bęc Zmianą również na to, że uda się znaleźć modelowy sposób pozwalający na wynajem lokali poza rynkiem komercyjnym. Bardzo tanio – po to, żeby nie stały puste. Albo dać modelowe rozwiązania odnośnie wynajmu lokali od prywatnych właścicieli. Na razie jesteśmy na wstępnym etapie rozmów z wiceprezydentem Michałem Olszewskim. Mam nadzieję, że uda się stworzyć modelowe rozwiązanie dla najmu różnego rodzaju lokali: prywatnych, komunalnych, na czynszu komercyjnym, po kosztach. Do tego czynsze preferencyjne dotyczące głównie lokali na kulturę – tak się dzieje m.in. w Warszawie i Poznaniu, ale są też inne działania, które potrzebują takiego wsparcia – jak przestrzenie co-workingowe, FreeLaby, czy różne formy działalności bliskie ekonomii społecznej (np. kooperatywy i skłoty).

 

Wiadomo, że ważnym problemem polskich miast jest niedobór mieszkań komunalnych, podczas gdy w innych krajach mieszkania socjalne stanowią całkiem sporą część miejskich nieruchomości, a nawet nowych inwestycji, jak np. podczas budowy miasteczka olimpijskiego w Londynie. Czy urzędnicy podejmują jakieś konkretne działania w celu poprawy warunków mieszkaniowych, np. w Warszawie? Czy organizacje pozarządowe się w to angażują? A może jesteście w stanie wymienić jakieś pozytywne przykłady?

Joanna Erbel: Obecnie w Polsce mamy do czynienia z dwoma strategiami wobec mieszkań komunalnych. Jedna, którą możemy obserwować m.in. w Gdańsku, Łodzi czy Wrocławiu polega na zachęcaniu mieszkanek i mieszkańców lokali komunalnych do wykupu mieszkań. Z jednej strony –  w polskich realiach – daje to poczucie stabilizacji, bo w końcu posiadanie czegoś na własność przy obecnym stanie państwa i świadomości społecznej wydaje się być jedynym gwarantem bezpieczeństwa. Z drugiej zaś jest to sposób przerzucania kosztów remontów na mieszkanki i mieszkańców kamienic. Inną strategie przyjmuje Warszawa, która ogranicza wykup lokali komunalnych – wraz z końcem 2012 roku zlikwidowano możliwość wykupu za 10% wartości mieszkania. Ta druga strategia jest bardziej korzystna, bo zasób komunalny powinien być dostępny przede wszystkim dla osób o niższych dochodach. W Warszawie sytuacja jest o tyle wyjątkowa, że jednocześnie ze względu na Dekret Bieruta miasto jest zmuszone zwracać nieruchomości potomkom i potomkiniom byłych właścicieli i właścicielek (albo osobom, które je reprezentują) odebrane wcześniej kamienice. To dramat wielu lokatorów, ponieważ zwykle wiąże się z podwyżką czynszów. Stowarzyszenia lokatorskie walczą przeciwko podwyżkom, ale z różnych skutkiem. Pytaniem, na które każda gmina musi sobie odpowiedzieć jest to, czy mniej zamożna część mieszkańców powinna szukać mieszkań na wolnym rynku, czy to miasto ma zaspokajać ich potrzeby mieszkaniowe. Jeśli chcemy żyć w społeczeństwie niwelującym nierówności społeczne to konieczne jest utrzymanie komunalnego zasobu mieszkaniowego. I cieszę się, że Warszawa, jako stolica, idzie w tę stronę.

 

Zawłaszczanie przestrzeni publicznej, niezrozumienie przez urzędników miejskich ich roli, reprywatyzacje kamienic, eksmisje lokatorskie to tylko niektóre problemy współczesnych miast. A jaką rolę mają do spełnienia architekci – to chyba oni powinni najaktywniej uczestniczyć w tworzeniu przestrzeni do życia, jaką jest miasto?

Marta Żakowska: W filmie „American Gangster” podczas walki bokserskiej pada hasło „to nie jest boks, to polityka”. Miasto to ring, na którym elementy ustawia tysiące zmiennych. Składa się ono z ludzi, budynków i przestrzeni między nimi, a architekci mają o tyle trudne zadanie, że są zależni od deweloperów i ich wizji oraz różnych innych sił – ekonomicznych czy też politycznych. Ale architekci powinni stale negocjować z deweloperami, stawiać im warunki, projektować tak, by przede wszystkim odpowiadać na potrzeby miast i ich mieszkańców. Architekci muszą być odpowiedzialną, aktywną stroną społeczną w procesie konstruowania polityki miejskiej, świadomą swojej roli publicznej. Tymczasem np. na jednym z ostatnich (luty 2013) posiedzeń Parlamentarnego Zespołu ds. Polityki Miejskiej poza Grzegorzem Buczkiem z Towarzystwa Urbanistów Polskich nie było aktywnych architektów. Nie są oni też jakąś dominującą siłą np. w Kongresie Ruchów Miejskich. Mam jednak wrażenie, że problemem w Polsce jest też m.in. edukacja architektoniczna. Architektura to oczywiście projektowanie form, ale te formy mają znaczenie polityczne, społeczne. Tymczasem zajęcia z socjologii, antropologii, psychologii to minimalny procent zajęć na kierunkach architektury na wyższych uczelniach w Polsce. Jak zwykle, zastanawiając się nad odpowiedzią na to pytanie, trzeba wrócić między innymi do rozmowy o systemie edukacji. (…)

 

 

Cały artykuł we wrześniowo-październikowym numerze ARCH#19, dostępnym w archiwum wydań

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook