AUTOR ARTYKUŁU

TOMASZ MALKOWSKI
MŁODZI ARCHITEKCI | KAMELEONLAB
3 grudnia 2013 | wyślij link
MŁODZI ARCHITEKCI | KAMELEONLAB

Wrocławska pracownia prowadzona przez Kubę Woźniczkę i Rafała Specylaka, uznanie zdobyła swoimi projektami koncepcyjnie dopracowanych domów. Co ich odróżnia od innych młodych biur – to własna, głęboko przemyślana filozofia projektowa – zwana przez architektów strategią kameleona.

 

Tomasz Malkowski: Nazywacie się Kameleonlab. I nieprzypadkowo, bo każda Wasza realizacja jest inna – wszystkie łączy dopasowanie lub odniesienie się do otoczenia, tak, jak ma to w naturze kameleon.

Wybór nazwy pracowni był w pełni świadomy, ciągle rozwijajmy strategię kameleona, badamy ją w praktyce. Wypracowaliśmy w sumie trzy strategie kameleona w zależności od miejsca, w którym projektujemy. Pierwsza strategia to „żywioł miejski”. To m.in. nasze projekty konkursowe na bibliotekę w Nysie, czy projekt siedziby Muzeum Współczesnego Wrocław. W obu przypadkach czerpiemy z otoczenia, ale bez dosłowności – to bardziej opowiadanie na jego temat na zasadzie „metakontekstualizmu. Biblioteka miała powstać na styku dwóch różnych układów zabudowy – z jednej strony historycznej, z wysokimi dachami i szczytami, z drugiej modernistycznej, blokowej – i nasza propozycja to budynek, który jest hybrydą tych dwóch typów architektury. Tych samych narzędzi nie można jednak przenieść, gdy pracuje się w otoczeniu, jak my to nazywamy – „sielski landszaft”. To nasza druga strategia. Mieliśmy takie przypadki jak konkurs na Centrum Nauki w Chęcinach, gdzie był jeden pałac, trochę zieleni, jakieś budynki folwarczne – bardzo malownicza okolica. Nasza decyzja – to nie konkurować z istniejącym kompleksem pałacowym. Zaproponowaliśmy budynek w pewnym oddaleniu od pałacu, na łagodnym stoku, uformowany został poprzez wypiętrzenie murawy, pod którą wpisano kubaturę. Mamy też kilka projektów domów w „sielskim landszafcie”, które również w mniejszy lub większy sposób znikają, bo są – przynajmniej częściowo – schowane pod ziemię, jak dom kinowy w Górach Sowich, czy w Trzcińsku.

 

Zupełnie inaczej zachowujemy się natomiast, kiedy projektujemy w najgorszym możliwym przypadku, a zarazem najczęstszym, jaki nam przypada w udziale – czyli na terenie suburbiów, gdzie każdy dom jest z innej bajki. To jeszcze trudniejsza sytuacja, niż w centrum miasta, bo tam mimo wszystko jest jakiś porządek, a na polskich przedmieściach zazwyczaj trudno dopatrzyć się jakiejkolwiek spójności, logiki. Wtedy musimy odciąć się od otoczenia i skupić na wewnętrznym kontekście, na działce, jej topografii, czy uwarunkowaniach w postaci zapisów planistycznych, no i oczywiście żądaniach klienta.

 

Czy te strategie mogą się łączyć bądź przenikać?

Bywa, że strategię suburbiów łączymy z sielskim landszaftem, tak było w Bukownie, które jest nietypowym przedmieściem, bo zalesionym, uroczym, mało zabudowanym w tamtym rejonie. Mogliśmy więc zastosować strategię znikania. Dom ma „skórę” z czarnego drewna, przez co zlewa się z krajobrazem wokół.

 

Kiedy już ten dom został pomalowany na jesieni, to klient zadzwonił do mnie: Panie Kubo, tego domu nie widać! W pierwszej chwili się przestraszyłem. Ale w końcu zrozumiałem, że on jest zadowolony z tego, że dom się wtapia w tło lasu, ciemnych konarów drzew. To dla mnie był jeden z największych komplementów, jakie słyszałem w karierze. Bo o to nam chodzi, żeby nie epatować architekturą, żeby właśnie domu nie było widać.

 

1

 

 

Skąd to pragnienie, aby architektura zniknęła? Czy wzięła się z tego, bo nie chcecie do polskiego pejzażu – w wielu miejscach zabałaganionego – dokładać kolejnych elementów, które mogłyby go jeszcze bardziej popsuć?

Oczywiście to nasze „znikanie”, ta strategia kameleona, nie pojawiły się od razu i jesteśmy świadomi ograniczonej ilości przypadków, w których można ją stosować w pełni. To jakaś suma naszych wcześniejszych przemyśleń. W pewnym momencie rodzi się zmęczenie tym, co oglądasz, to generuje postawę jakiegoś buntu, chęć bycia w opozycji wobec tego, co jest wokół. Owszem – można to zaakceptować i zacząć robić rzeczy komercyjne. Nasza postawa to jednak ewidentnie opozycja wobec tych wszystkich, którzy stawiają swoje „pieczątki” w przestrzeni. Począwszy od Mayera, Gehry’ego, Hadid. Przecież każdy budynek Zahy Hadid jest rozpoznawalny natychmiast. Chcemy być w opozycji wobec takiej architektury „instant”.

 

Ktoś może Wam na to odpowiedzieć, że może nie macie dość talentu, żeby tworzyć mocne i wyraziste rzeczy, stąd znaleźliście furtkę i tworzycie architekturę tła. Albo że to Wasza ucieczka przed tworzeniem architektury, która chce być na siłę oryginalna.

To wyjdzie z czasem. Nasze podejście wcale nie wyklucza – jak mówisz – mocnych i dobrych form. Powściągliwość jest wskazana w sytuacji, kiedy wokół jest rozbuchanie, kiermasz form i wyścigi o to, kto będzie bardziej oryginalny. To coś w rodzaju naszej postawy etycznej, choć może brzmi to przesadnie górnolotnie. Ale powściągliwość i znikanie wydają nam się bardziej adekwatne – zwłaszcza dzisiaj – niż zawody w kreowaniu nowych „stylów”. Kiedyś z moim kolegą, wrocławskim architektem, rozmawialiśmy o architekturze SeARCH (holenderska pracownia założona przez Bjarne Mastenbroeka – przyp. red.), zrobili parę dobrych budynków, m.in. ambasadę Holandii w Addis Abebie. Powiedziałem o jednym z ich projektów, że to bardzo dobry obiekt. On na to, że to „zwykła architektura”. Ja bym sobie życzył, żeby takiej zwykłej architektury było w Polsce o niebo więcej, niż jest.

 

Wydaje mi się, że tę powściągliwość powiększacie z projektu na projekt. Wasze domy są coraz prostsze.

Coraz większy kładziemy nacisk na dobrze dopracowane rzemiosło, tak jak to jest w niemieckiej architekturze, która nawet jeśli nie jest lotna, to jednak jest niezwykle solidna. Nie szukamy fajerwerków, które miałyby przekonać jakąś specyficzną grupę klientów – nie widzimy się w roli modnych efekciarzy. Stąd nasza postawa opozycji, czy jak powiedziałeś – ucieczki.

 

Ostatnio studenci na warsztatach w Gdańsku spytali nas, czy nie boimy się, że ta nasza postawa pozbawi nas własnego stylu. I właśnie o to nam chodzi. Chcemy być w kontrze do tych architektów, którzy uporczywie chcą mieć swój styl. Przyjeżdża Jurgen Mayer i przybija swoją pieczątkę niezależnie od tego gdzie jest – nas to w ogóle nie pociąga. (…)

 

Wracając do kameleona – jest też mistrzem elastyczności, a to słowo z kolei robi obecnie furorę w architekturze, najczęściej w odniesieniu do elastycznych przestrzeni, wielofunkcyjności. U Was elastyczność polega na tym, że potraficie przy każdym temacie dostosować się do otoczenia, do klienta.

Nasza elastyczność to nie tylko opozycja wobec stylu, szczególnie wobec tych pornografów, jak Gehry, który buduje swoje pieczątki w taki wybujały sposób. Ale to również opozycja wobec dogmatycznych modernistów, którzy wszędzie wstawialiby z kolei swoją opatentowaną wizję zawsze najlepszej architektury – np. „pudełka”. To oczywiście grube uproszczenie sprawy. Więc jest to opozycja wobec prawie wszystkich. To powoduje, że jesteśmy elastyczni, bo nie musimy być wierni żadnej doktrynie czy estetyce. Elastyczność jest u nas priorytetowa, na różnych poziomach, to pełne otwarcie na sugestie klienta – w granicach rozsądku, ale nigdy nie traktujemy go z góry, staramy się w pełni odpowiedzieć na jego żądania. To, rzecz jasna, również otwarcie na to, co przynosi nam samo otoczenie. (…)

 

Postawa kameleona to innymi słowy kontekstualizm. To rzecz, o której mało się mówi na uczelniach architektonicznych. Patrząc na polskie miasta i wsie – raczej kiepsko z projektowaniem kontekstualnym

Zanim się zacznie projektować, trzeba 10 razy obejrzeć, co jest wokół, albo co się tam wcześniej działo. O tym dużo się mówi, o researchu, czy rozmowie z otoczeniem, ale w praktyce to wygląda gorzej. Bo wygrywa ego, albo czasami zwyczajnie brak umiejętności, wyczucia. (…)

 

Koncept jest niebywale ważny we wszystkich Waszych projektach. Jak to jest, że udaje się go Wam potem tak konsekwentnie zrealizować? 

W rozmowie z klientami stawiamy warunek: jesteśmy elastyczni, ale jeśli już coś wymyślimy, to potem konsekwentnie realizujemy koncept. Jeżeli im nie spodoba się koncepcja, to prosimy o określenie tego, co nie gra, wtedy jesteśmy w stanie przygotować nową. Możemy ich zrobić wiele, aż klient będzie zadowolony. Ale nigdy nie dopuszczamy do sytuacji, że klient nasz koncept modyfikuje już w trakcie realizacji, robi jakiś doklejki. Jak mają być jakieś zmiany, to trzeba niestety zacząć od początku. Nie interesuje nas zgniły kompromis. Chcemy każdy koncept doprowadzić konsekwentnie do końca. Na szczęście trafiamy na świadomych klientów, którzy rozumieją, że koncept w architekturze jest bardzo ważny. (…)

 

Domy stały się Waszym rozpoznawczym, przepraszam za słowo – produktem. To często los młodych pracowni, że zaczynają od małych realizacji.

Ktoś kiedyś powiedział, że projektowanie domów jest najtrudniejszym tematem w architekturze, bo robi się budynek dla konkretnej osoby i ten ktoś chce mieć go dla siebie na całe życie. W Polsce tak jest, bo Polacy nie przeprowadzają się sześć razy w życiu, jak na przykład Amerykanie. Klient ma wobec tego bardzo duże oczekiwania. I trzeba je spełnić, żeby był zadowolony. (…)

 

 

Pełny tekst wywiadu w 19 numerze ARCH

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook