AUTOR ARTYKUŁU
FILIP SPRINGER
ŹLE URODZONE. REPORTAŻE O ARCHITEKTURZE PRL. ROZDZIAŁ: PRZYPIS
22 października 2013 | wyślij link
ŹLE URODZONE. REPORTAŻE O ARCHITEKTURZE PRL. ROZDZIAŁ: PRZYPIS

Publikujemy fragment książki Filipa Springera „Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL” poświęconej polskim ikonom powojennego modernizmu oraz ich twórcom, który opowiada o wybitnym architekcie – prof. Jerzym Hryniewieckim. Twórca ten stał się po śmierci barwną anegdotą i właśnie tytułowym przypisem do biografii innych.

 

 

Zazwyczaj, jeśli artysta tworzy dzieła wybitne, to jego samego uznaje się również za wybitnego. W przypadku Jerzego Hryniewieckiego też tak było, ale jak umarł, to przestało.

–        Podpisywał się pod listą płac i tyle go widzieli.

–        W domu nie miał nawet rajzbretu i ekierki. Jak miała przyjechać telewizja, to pożyczał od kolegi.

–        W takim samym stopniu zdolny, co leniwy.

–        W gębie był mocny, ale w życiu niczego sam nie zaprojektował.

–         Ja nie znam projektu, pod którym on by był podpisany sam. Zawsze miał kogoś do pomocy, Leykama, Krasińskiego, Gintowta. A to znaczy, że robili za niego, on spijał zaś śmietankę.

–        Wszyscy go kochaliśmy.

 

Współcześni mu, a dziś nadal żyjący architekci, mówiąc o nim, uśmiechają się nieco ironicznie. Zwykle proszą, by nie podawać ich nazwiska. Schemat jest zawsze ten sam. Współtworzył realizacje, które – zdaniem wielu krytyków architektury – zaliczają się do czołowych osiągnięć epoki. Dziś w środowisku architektonicznym powszechna jest opinia, że tylko się pod tymi projektami podpisał.

 

– To jest odbieranie człowiekowi jego dzieła.

 

Opinie takie wygłaszają ludzie, którzy Hryniewieckiego albo znali przelotnie, albo nie znali w ogóle. Rudolf Świerczyński, wybitny przedwojenny architekt, nie dotykał ołówka, bo uważał, że od tego brudzą się ręce. Corbusier zaglądał do pracowni tylko rano, patrzył, jak idzie praca w jego zespole, sugerował korekty i znikał. Im jednak nie odmawia się autorstwa projektów, jak zauważa Paweł Giergoń, historyk sztuki i autor monografii Hryniewieckiego.  A kiedyś naprawdę go kochali. Był elokwentny, bezlitośnie dowcipny, lubił żartować z innych, ale umiał też z siebie. Na jego wykładach z historii architektury zawsze były tłumy studentów.

 

– Zajęcia o nudnej architekturze starożytnego Egiptu prowadził w sposób porywający. To świadczyło o jego klasie, wiedzy i intelekcie – podkreśla profesor Konrad Kucza-Kuczyński, jeden z jego studentów. W Warszawie lat pięćdziesiątych (później zresztą też) mówiło się, że na Hryniewieckiego nie ma mocnych. Leopold Tyrmand, też przecież architekt, tak pisał o nim w 1954 roku: „Jerzy Hryniewiecki, sławny architekt, przyznający się otwarcie do funkcjonalizmu i konstruktywizmu, a jednocześnie wysyłany za granicę, uznawany, ceniony i szanowany. Przez obydwie strony, marksistów i nie- marksistów – to ważne, to się liczy. Hryniewiecki jest osobliwym neutralistą, potrafi kadzić regime’owi, a jednocześnie wyznawać otwarcie architektoniczne herezje”

 

Zawsze w okularach o grubej rogowej oprawie, zza których przeszywał swoich rozmówców przenikliwym i lekko zdziwionym spojrzeniem. Nosił się jak studenci, nie stronił od kolorowych skarpetek i nonszalanckich krawatów.

– Tym ubiorem to on się na pewno na tle ówczesnego krajobrazu wyróżniał – mówi dyplomatycznie Tadeusz Barucki.

 

Gdy w czasach szalejącego socrealizmu Rada Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej debatuje nad wyrzuceniem grupy studentów za bikiniarstwo i amerykański styl życia, Jerzy Hryniewiecki wyraźnie rozbawiony pyta: „Bo ja chciałbym wiedzieć, jaka jest gradacja w tym amerykańskim stylu życia. Czy na przykład tak, jak się ubiera kolega Lachert, to już jest bikiniarstwo czy jeszcze nie?”.

 

Rzeczywiście czuł się mocny, pewnie nie tylko dzięki znajomościom z oflagu w Woldenbergu, w którym wraz z późniejszą peerelowską elitą spędził wojnę. Przez dwie pierwsze powojenne kadencje był bezpartyjnym posłem na Sejm. W 1956 roku Władysław Gomułka zaczyna lansować pojęcie „bodźca ekonomicznego”, mającego zachęcić społeczeństwo do wytężonej pracy. Hryniewiecki z mównicy sejmowej cytuje więc jakąś zapomnianą definicję bodźca – „ostro zakończonego kija służącego do popędzania baranów”. Potem, gdy na jednym z posiedzeń minister komunikacji tłumaczy okoliczności czołowego zderzenia dwóch pociągów wiozących cement, Hryniewiecki przytomnie pyta, dlaczego dwa pociągi jadące w przeciwnych kierunkach wiozły to samo. Posłem przestaje być jednak dopiero wtedy, gdy publicznie wyraża pogląd, że parlamentarzyści powinni mieć przynajmniej maturę.

 

Hryniewiecki ma wystarczający dorobek i odpowiedni tytuł, by zostać uznanym za jednego z najważniejszych polskich architektów swojej epoki. Dziś wspomina się jednak przede wszystkim anegdoty i barwne dykteryjki z jego udziałem – że otaczał się wianuszkiem kobiet, że od czasu do czasu wypowiadał sakramentalne zdanie: „Dziś przepłynie przeze mnie duża ilość pieniędzy” – i zabierał całą pracownię na wódkę. I że potem nigdy nie miał kaca.

 

„Prowadził fatalnie, będąc przekonanym, że jest znakomitym kierowcą. (…) Samochód dawał mu poczucie wolności, swobody przemieszczania się. Ale prowadząc, zamyślał się, przestawał zwracać uwagę na to, co dzieje się dookoła. Często więc samochód stał w różnych warsztatach samochodowych, a Hryniewiecki biegał na piechotę. Aż dziwne, że zmarł własną śmiercią. Jeżdżąc tramwajem, był bezpieczniejszy” – wspominał jeden z jego współpracowników, Maciej Kysiak. (…)

 

 

Cały artykuł w majowo-czerwcowym numerze ARCH#12, dostępnym w archiwum wydań

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook