AUTOR ARTYKUŁU
ERNESTYNA SZPAKOWSKA
MACIEJ SKAZA
AMSTERDAM Z NIEJEDNĄ PERŁĄ
17 października 2013 | wyślij link
AMSTERDAM Z NIEJEDNĄ PERŁĄ

Być może wizja 17 godzin spędzonych w autobusie i odległość prawie 1300 km sprawiały, że istniejąca w naszej świadomości wyprawa do Amsterdamu od dłuższego czasu nie mogła się urzeczywistnić. Jednak tęsknota za odkryciem uroków „Wenecji północy” okazała się silniejsza, dodatkowo podsycana pastelowymi barwami światła w kadrach filmu „Kobieta z perłą”. Wreszcie, pewnego wiosennego popołudnia, niczym postaci z Kompanii Fransa Banninga Cocqa i Willema van Ruytenburcha, wyruszyliśmy by odkryć perły architektury Amsterdamu. W nieco innej, niż uprzednio konfiguracji, lecz nieustająco podążając zwyczajowo „Śladami Architektury”,  wedle nie takiej już „nowej świeckiej tradycji”.

 

Amsterdam nie zawiódł naszych oczekiwań. Już w pierwszy dzień mieliśmy okazję podziwiać niezwykły pawilon„gąbkę” zaprojektowany przez Stevena Holla w latach 1996-2000, jako element rozbudowy i przebudowy siedziby firmy deweloperskiej Woningbouwvereniging Het Oosten. Jak pisze sam autor: „porowata architektura pawilonu wpisana została w ideę opartą na utworze Mortona Feldmana Patterns in a Chromatic Field. Intencja stworzenia przestrzeni o charakterze optycznej pajęczyny ze swobodnie rozmieszczonymi kolorami jest szczególnie efektowana w nocy, kiedy kolory odbijają się na powierzchni kanału”. Charakter tej architektury, budowany jest wielowarstwową ścianą o grubości 120cm. O jej zewnętrznym oglądzie przesądzają mieniące się zielenią płaszczyzny z oksydowanej blachy miedzianej, o których Kenneth Frampton pisał, iż są „skórą perforowanego metalu”. Aż szkoda, że pozostałe dwa projekty Stevena Holla w Amsterdamie pozostają jeszcze jedynie ideami zapisanymi jak dotąd wyłącznie na papierze. (…)

 

Niezwykła dbałość o miejsca zamieszkania, którą odkrywaliśmy wcześniej w Kopenhadze – w Amsterdamie zakorzeniona jest w tradycji budownictwa socjalnego (znormalizowanego, ekonomicznego, szybkiego w realizacji) oraz dziedzictwie racjonalizmu. Spuściźnie wywiedzionej od Viollet-le-Duca i jego Entretiens sur l’architecture, a podchwyconej przez ojca holenderskiej architektury współczesnej – Hendrika Petrusa Berlage, w budynku amsterdamskiej giełdy (1903) porzucającego neogotyk na rzecz formy, która „musi być rezultatem praktycznych przemyśleń” i stawiającego podwaliny pod nowoczesną architekturę. Tradycji, którą z inwencją przekształcają projektanci współczesności, tacy jak OMA, MVRDV, Wiel Arets czy De Architekten Cie. W Amsterdamie można więc podziwiać formę kolejnych budynków mieszkalnych: Tropenpunkt (proj. Eric van Egeraat Associated Architects, 2002), zespół Funenpark (proj. De Architekten Cie., 1999, a w jego obrębie także Verdana, proj. NL Architects, 2009, czy Blok J, proj. Dick van Gemeren architects, 2009), Hoogkade, Laagkade (proj. Diener & Diener, 2002), oraz Four Towers (proj. Wiel Arets, 2009). Najwięcej uroku miały jednak miejsca, w których architektura tworzyła spójną całość ze współczesnym projektem urbanistycznym na rekultywowanym lub utworzonym od podstaw terenie – tabula rasa na zbiorniku wodnym. To sześć wysp na wodach Ij (Ijburg, proj. Felix Claus, Fritz Van Dongen, Tom Schaap i in., od 1998) lub dawne tereny doków BorneoSporenburg (proj. West 8, 1993-97) – współczesne wariacje na temat tradycyjnego holenderskiego domu nad kanałem, wśród których wkomponowano także budynki o większej (i jeszcze większej) skali jak: The Whale (proj. De Architekten Cie. [Frits van Dongen], 2001), IJ Tower (proj. Neutelings Riedijk, 1999), White Kaap (proj. Claus en Kaan Architecten, 2011). Kolaż różnych kierunków estetycznych, funkcji i typów; przestrzeń, w której mieszkania socjalne (30% wszystkich) na równi z komercyjnymi wpisują się w urbanistyczno-nadmorską idyllę.

 

Podążając przez miasto śladem znaczonym przez następujące po sobie w szaleńczym tempie kolejne punkty programu zwiedzania, gdzieś pomiędzy czerwienią latarni, a podejrzanym zapachem, wydobywającym się z ciemnych wnętrz mijanych Coffe Shop-ów, nie sposób było nie wpaść w zachwyt nad urbanistycznym planem miasta budowanego na wodzie i obok wody (…).

 

Obserwując w tkance miejskiej efekty nieustannej walki Holendrów z wodą (tą jednocześnie największą przyjaciółką, ale i zagrożeniem Amsterdamu), w miarę odkrywania coraz to nowszych terenów miasta widzieliśmy stopniowo – dostosowanie się mieszkańców do jej „kapryśnej istoty”, próbę zdominowania żywiołu (w usypanych, sztucznych wyspach) i wreszcie symbiozę, współdziałanie, którego zwieńczenie stanowi urokliwe, kameralne osiedle Water Dwellings (proj. Architectenbureau Marlies Rohmer, 2009) – zespół domów jednorodzinnych (wraz z wielorodzinnym), o estetyce, konstrukcji i rozwiązaniach funkcjonalnych, wręcz „wynurzających się” z wody. Konstruowane w stoczni i holowane na miejsce w całości, domy o formach wywodzących się z kontenerów użytkowanych w transporcie wodnym, mocowane są do pali ruchomymi połączeniami. Reagują więc na pływy wody. Dojścia do nich stanowią ruchome trapy, a rozwiązania funkcjonalne i umeblowanie mieszkań muszą odpowiadać statyce „kontenerów”. Powstała przestrzeń, której istotą jest bliski kontakt z wodą – domy dla młodej generacji holendrów nie odgradzających się od niej, ale nawiązujących z nią bezpośrednią relację.

 

Amsterdamskie wody narzuciły mieszkańcom także sposoby poruszania się po mieście. Praktycznie koło każdego domu jednorodzinnego, zlokalizowanego nad kanałem widać przymocowaną łódź motorową lub żaglówkę, a po ograniczonym przez wodę terenie miasta najłatwiej poruszać się na rowerze. Holendrzy transportują na nich przeróżne przedmioty (nawet drobne meble), a bezużyteczne dwukołowce beztrosko porzucają na ulicach. Rowerów w Amsterdamie jest podobno około 600 tysięcy. Poruszają się szybko, głośno dzwoniąc i tarasując przejścia, całymi setkami przymocowane do stojaków. Przede wszystkim jednak niezaznajomiony z miejscowymi zwyczajami pieszy, czuje się kompletnie bezbronny wobec pojazdu, który niezauważalnie i bezszelestnie pojawia się nagle znikąd, nadciąga w jego stronę nieomal z prędkością światła i wcale nie zamierza się zatrzymać,  jedynie dzwoni, a jego właściciel jednocześnie wydaje gniewne pomruki. W tym mieście panuje dyktatura roweru, a nawet tysięcy rowerów! (…)

 

Niezależną perłą Amsterdamu, a może nawet trzema, były realizacje zespołu MVRDV. „Kontenerowy” Silodam (2002) – kolorową kompozycją mieniących się różnorodnych materiałów i faktur prostopadłościennego molocha mieszkalnego, który niczym statek zacumował przy kei Westerdoksdijk; także WoZoCo(1997) – budynek mieszkalny dla osób starszych, uderzający tektoniką fasady, nie tylko wzorem różnokolorowych balkonów tylnej elewacji, ale głównie pięciu, dramatycznie wysuniętych od frontu, drewnianych „szuflad” oraz zrealizowany w 2007 roku kompleks mieszkalny Eendrachtspark, z charakterystycznymi przeskalowanymi donicami i żyrandolami. Zdawać by się mogło, jakby za każdym razem kolejny projekt zespołu MVRDV wpisywał się w koncepcję meta-city (czy Vertical City) próbując odpowiedzieć na pytanie o kształt miasta i miejsca zamieszkiwania człowieka przyszłości.

 

Na koniec – już w drodze powrotnej – jeszcze krótka wizyta w Almere. Najmłodsze holenderskie miasto (niespełna czterdziestoletnie) powstało na terenie „wydartym” wodzie, jako alternatywa dla Amsterdamu – jako utopia dla klas średnich. Niespieszny spacer wzdłuż nabrzeża … potężna wieża mieszkalna Silverline (proj. Claus en Kaan Architecten, 2001) oraz sąsiadujące z nią Side by Side – dwa wysokościowe budynki mieszkalne (proj. De Architekten Cie., 2007), niezwyczajne w swej opływowej formie Miejskie Centrum Rozrywki (proj. SMC Alsop, Rem Koolhaas – OMA, 2004) oraz Block 16 (proj. René van Zuuk Architekten, 2004). Chwila na ocenę efektów kompromisu pomiędzy koolhaasowską megastrukturą, planowaną jako nowe centrum miasta i odwracającą się od otoczenia w buńczucznym fuck context oraz wymaganiami miejscowych deweloperów. Drugi fragment podróży po centrum Almere, to wycieczka w pionie (dla wtajemniczonych lub tych, którzy mieli przewodnika) – krótka podróż na dachy De Citadel (proj. ), skąd można było w całości obejrzeć „przewrotny” plan umieszczenia budynków mieszkalnych ponad handlowymi. Sącząc poranne espresso na tarasie, nie tyle kawa powodowała rozszerzanie się źrenic, co widok mieszkańca koszącego tuż obok trawnik przed swoim mieszkaniem, a wszystko to – na dachu centrum handlowego.

 

Być może zaskakującą pozostaje refleksja, iż nie poznaliśmy tego, co tak charakterystyczne dla Holandii – podążając śladami kolejnych budynków natknęliśmy się tylko na jeden wiatrak, a sera i chodaków – nie było wcale, z kolei obraz morza różnokolorowych tulipanów, dzielących pole sięgające horyzontu ze swobodą „mondrianowskiej” kompozycji, zobaczyć można było dopiero post factum w Internecie. Ale to też element tradycji – krótki wyjazd, „japoński” charakter podróży grupy architektonicznych zapaleńców, której towarzyszy nieustanny odgłos migawek dziesiątków aparatów i … wieczny niedosyt wręcz zmuszający do spoglądania z ciekawością w kierunku kolejnej wyprawy „Śladami Architektury”, a może nawet – nieśmiałe marzenie, które pozwoli kiedyś w przyszłości po raz kolejny wrócić do Amsterdamu.

 

 

FOTO: MACIEJ SKAZA, MARIUSZ TWARDOWSKI

 

ARCH #54
LIPIEC/SIERPIEŃ 2019
facebook