AUTOR ARTYKUŁU
ŁUKASZ WOJCIECHOWSKI
NIEPOKOJE W ARCHITEKTURZE, CZĘŚĆ V: W KLASIE BIZNES
17 września 2013 | wyślij link
NIEPOKOJE W ARCHITEKTURZE, CZĘŚĆ V: W KLASIE BIZNES

Po II wojnie światowej nastała era komercyjnej architektury, na miasta spadła zaraza shopping malli, a architekci przedzierżgnęli się w żądnych sławy celebrytów – pisze Łukasz Wojciechowski w kolejnym odcinku swojego cyklu esejów

 

 

Kiedy przycichła wojenna zawierucha, architekci skupili się na komercyjnych aspektach zawodu. Jednocześnie proponowali coraz to nowe sposoby na polepszenie świata i próbowali rozwiązywać istotne problemy bytowe społeczeństw. Zaistniała sprzeczność między prywatnymi interesami, a postawą społeczną. Popularni architekci jak zwykle wykorzystywali polityczne koneksje do zdobywania zleceń i realizacji własnych idei. (…)

 

 

modernizm dla pingwinów

Wydaje się, że z biegiem dekad XX w. architektów coraz bardziej zajmowały komercyjne aspekty profesji i odciskały na nich coraz większe piętno. Konkurencji przybywało, trzeba było chwytać się nowych sposobów zdobywania zleceń i sławy. Z drugiej strony chodziło przecież o to, aby nadążać za duchem czasu. Nowoczesność była jednak niezwykle trudnym towarem. Na przykład Anglicy bardzo ostrożnie podchodzili do modernizmu. W latach 30. w Wielkiej Brytanii dominowała architektura klasycyzująca i wernakularna. Wcześniej zaadaptowali jedynie nowe idee urbanistyczne. Jedne z pierwszych odważnych przykładów brytyjskiej architektury modernistycznej przeznaczone były dla… goryli i pingwinów. Pracownia Tecton, pod komendą Bertolda Lubetkina, zaprojektowała 2 słynne obiekty w londyńskim zoo. Szczególnie basen pingwinów z 1934 znalazł uznanie międzynarodowej krytyki. Charakteryzuje go filigranowa konstrukcja i wyszukana geometria wybiegu. Inny progresywny architekt brytyjski Cedric Price też zaczynał od budowy woliery w tym samym zoo.

 

komiwojażer Fuller

Jeden z najpopularniejszych wizjonerów architektury XX wieku – Buckminster Fuller także miał ciężki początek. W 1927 pił na potęgę i rozważał samobójstwo. Wkrótce jednak podniósł się i ruszył z nowym projektem domu Dymaxion w Amerykę. Miał przewoźną makietę z realistycznymi meblami i figurkami. Prezentował ją w… restauracjach, hotelach i domach handlowych. Na zdjęciach z tamtego czasu Fuller pozuje w nienagannym biznesowym garniturze obok produktu, z którym dotarł – wg własnych szacunków – do ok. 30 000 ludzi. Mimo tych starań, dom nigdy nie został zrealizowany. (…)

 

celebryta Wright

Firma Ingrama była jednak jednym z nielicznych wyjątków. Architekci są zależni od cudzego portfela i zwykle muszą walczyć o inwestora. Ikoną moralnego i zawodowego oportunizmu XX w. stał się Philip Johnson. W przekonaniu o własnej wielkości ustępował mu chyba tylko Frank Lloyd Wright, który był typowym celebrytą. Garnął się do prasy jak ćma do światła, ale gdy tylko pisano o nim niepochlebnie, śmiertelnie się obrażał, czuł się dotknięty, histeryzował. Słynął z ciętych uwag, z bezlitosnego krytykanctwa młodszych kolegów, z bon-motów, którymi karmił dziennikarzy. W amerykańskiej prasie z pewnym podziwem opisywano jego bezkresną arogancję. Zapytany w sądzie o zawód, odpowiedział, że jest najlepszym architektem na świecie. Gdy jego dziewczyna, zwróciła mu potem uwagę, że był chyba nieskromny, odparł: Kochanie, ależ odpowiadałem pod przysięgą. Wright uwielbiał pławić się w luksusie mimo ciągłych problemów finansowych. Jeździł topowymi furami: odkrytym, indywidualnie przerobionym Stoddardem Daytonem; pomalowanym w rdzawy pomarańcz jak ziemia Taliesina sportowym L-29 Cordem Phaetonem; a pod koniec życia legendarnym Mercedesem 300SL Gullwing z drzwiami otwieranymi do góry. Lubił szpanować.

 

Wright lekceważył konkurencję. W 1928 stwierdził, że to co robi Le Corbusier było w jego architekturze 25 lat wcześniej. Wizytę w budynku Saarinena podsumował: Pomyślałem, co za wielki architekt! – ze mnie. O pracowni Skidomore Owings & Merill mówił, że to trzech ślepych Miesów. Johnsona spytał: Filipku, a pozwolą ci te twoje budynki wystawić na deszcz?  O Empire State: To złodziej, który wywyższa się przed oczami obrabowanych… O tworzenie własnego mitu dbał jednak jak nikt (może poza Johnsonem, który w przeciwieństwie do Wrighta nigdy nie zbudował czegoś oryginalnego).  W tym celu zaprzyjaźnił się z redaktorem naczelnym „Architectural Forum” i uzyskał bezpośredni wpływ na publikacje w tym ważnym magazynie. Obszerne artykuły o nim pojawiały się w „Life”, znalazł się również na okładce „Time”. Ze sławy korzystał garściami. Na przykład: ponieważ miał wielu chętnych na praktykę, pobierał od swoich uczniów 1100$ miesięcznie i zatrudniał ich w pracach ogrodowych i gospodarczych. Nie wykształcił jednak żadnego wybitnego praktyka, a tylko ślepych epigonów. (…)

 

dziwka Johnson

Wyznający podobną postawę życiową Philip Johnson stwierdził: Jestem dziwką. Słowa te wydają się być autoironicznym i zabawnym gestem, sprytnym komentarzem maksym innych architektów (Less is more. Less is bore. I’m a whore). Problem w tym, że gdy przeczytać inne zdania Johnsona i popatrzeć na jego projekty – trudno oprzeć się wrażeniu, że w istocie nią był ! Jego najbardziej rozpoznawalne budynki, to po prostu kopie najmodniejszych wzorów. Od własnego szklanego domu (1948), przez biurowiec AT&T (1984), po ostatnie gnioty wykonane we współpracy z Alanem Ritchie (do 2002). Wszystkie te dzieła opierają się na ideach przygarniętych z historii, co krytycy rozumieją jako efekt niezwykłej erudycji i wiedzy Johnsona. W pierwszych budynkach, można dopatrzeć się elementów klasycznych, ale widać kalki Miesa, Barragana czy Niemeyera. Później, gdy postmodernizm, znalazł uznanie w USA – Johnson rzucił się w wir zapożyczeń historycznych, schlebiając megalomanii swoich inwestorów. (…)

 

 

kiepski Corbu

Innym przykładem nieskrywanego egocentryzmu i żądzy sławy był Le Corbusier – mistrz autopromocji. Architekt przykładał wiele uwagi do odbioru jego prac. Wystarczy wspomnieć jedną z największych monografii w historii. Ale dopiero zdjęcie z czasów konkursu na Pałac Sowietów ukazuje niesamowitą – niemal abstrakcyjną – sytuację. Pierre Jeanneret wraz ze współpracownikiem w tanecznych ruchach odsłaniają makietę supernowoczesnego budynku, a Le Corbusier przygrywa im na kontrabasie ! (…) W latach 50. Corbu miał już za sobą romanse z aparatem władzy Stalina, Vichy czy Mussoliniego. Jego architektura stawała się bardziej mistyczna, ale postawa zawodowa wciąż pozostawiała wiele do życzenia.

 

W 1953 Breuer, Nervi i Zehrfuss dostali zlecenie na zarząd UNESCO w Paryżu. Le Corbusier był wściekły, ponieważ jego rola ograniczała się tylko do doradztwa w ramach grupy Pięciu reprezentującej CIAM (Gropius, Rogers, Costa, Markelius i on). Podczas zimowych spotkań w Paryżu zwracał się do architektów bezosobowo i był obrażony. Gdy pokojowo nastawiony Gropius próbował określić zakres wpływów komisji, Corbusier zagroził, że wyjdzie, jeśli nie będzie mógł używać ołówka do poprawiania projektu młodszych kolegów. Costa i Le Corbusier na gorąco szkicowali nowe rozwiązania, które Breuer i Nervi rozrysowywali wieczorami w biurze. Po przemyśleniu i analizie pomysły te nie sprawdzały się, okazywały się też za drogie. Corbu lubił powoływać się na swoje realizacje i stawiać je za przykład. Gdy w czwartek 12 lutego ułożył bryły roboczej makiety wg własnej idei, Breuer spytał go: Podoba się to Panu? Le Corbusier: Tak, to jest organiczne, ludzkie, ładne. To jest architektura, a nie jak Nowy Jork. Breuer: Obawiam się, że za ładne. Szkoda, że pochodzę z Nowego Jorku. Gropius radził Breuerowi w liście, żeby okazał Le Corbusierowi przyjaźń i otwartość, nawet jeśli ten będzie zbyt nachalny. Gdy budowa zbliżała się do końca, Le Corbusier nie ukrywał przygnębienia. Podczas wizyty w niemal ukończonym budynku, stojąc przy powstającym muralu Picassa pt. Upadek Ikara, Gropius zmartwiony postawą Corbusiera spytał, co sądzi o obiekcie. To kiepski Corbu – odpowiedział mistrz.

 

 

 

Cały artykuł w marcowo-kwietniowym numerze ARCH#16, dostępnym w archiwum wydań http://www.archsarp.pl/kategoria-produktu/arch.

 


ARCH #54
LIPIEC/SIERPIEŃ 2019
facebook