AUTOR ARTYKUŁU

TOMASZ MALKOWSKI
MŁODZI ARCHITEKCI: MARCIN KWIETOWICZ
13 sierpnia 2013 | wyślij link
MŁODZI ARCHITEKCI: MARCIN KWIETOWICZ

Jest jednym z największych indywidualistów wśród młodych architektów. Tworzy realizacje pod prąd – skromne, pozornie nieefektowne, ale zarazem przemyślane i wyważone, skupione na miejscu oraz potrzebach klienta

 

Tomasz Malkowski: Jesteś jednym z nielicznych architektów w Polsce, który działa na styku ze światem sztuki. Nie w sensie tworzenia instalacji artystycznych, ale dosłownie pracujesz dla artystów. Dla Moniki Sosnowskiej zaprojektowałeś dom z pracownią, współpracujesz z Arturem Żmijewskim, projektujesz liczne aranżacje wystaw. Celowo obrałeś taką drogę twórczą?

 

Marcin Kwietowicz: To nie był całkiem świadomy wybór. Snując się kiedyś ze znajomymi po mieście zajrzałem przypadkiem do nowej, nieznanej mi galerii. To nie był żaden wernisaż, po prostu przyszliśmy z ulicy zobaczyć wystawę. Dostałem potem zaproszenie na kolejny pokaz, zacząłem tam bywać, aż w pewnym momencie stałem się naturalnym partnerem przy różnych projektach – poproszono mnie o aranżację jednej z wystaw. I tak wniknąłem w świat sztuki. Był to dość powolny, bezinteresowny proces, ale przypadek sprawił, że zetknąłem się w ten sposób z Fundacją Galerii Foksal, z której znaczenia nie zdawałem sobie wówczas sprawy. Można powiedzieć, że pomogła mi ignorancja.

 

Dzięki Fundacji powstała jedna z Twoich bardziej rozpoznawalnych realizacji – pawilon Instytutu Awangardy na dachu bloku przy Alei Solidarności w Warszawie.

 

Ciekawa jest sama geneza tego projektu. Gdy w 2004 roku Polska wchodziła do Unii, sprawująca wówczas prezydencję Holandia zorganizowała program promujący jej kulturę w nowych krajach członkowskich. Fundacja Galerii Foksal, którą poproszono o zorganizowanie wystawy sztuk wizualnych, nie chciała jednak pokazywać kolejnych niderlandzkich obrazów. Niewiele wcześniej zmarł Edward Krasiński, którego rodzina zaczęła się zastanawiać, co zrobić z mieszkaniem-pracownią artysty. Krasiński nie oddzielał życia od sztuki, jego pracownia była jedynym w swoim rodzaju, oklejonym niebieską taśmą, dziełem totalnym. Nie można tego było nigdzie przenieść, nie chciano jednak tworzyć skostniałej izby pamięci. Pojawiła się idea dobudowania do mieszkania nowej części. Miał to być rodzaj dającego oddech kontrapunktu dla pracowni – wielofunkcyjna przestrzeń, która w zależności od potrzeb może być rodzajem foyer, ale też miejscem różnych działań, od wystaw czy wykładów po warsztaty. (…)

 

Twoja druga ważna realizacja to dom zaprojektowany dla Moniki Sosnowskiej. To zarazem Twój największy sukces, bo ten budynek zdobył główną nagrodę w kategorii domów jednorodzinnych w konkursie „Życie w Architekturze”. Jak to się stało, że dostałeś to zlecenie i skąd duet projektowy z Piotrem Brzozą?

 

Monika właśnie przeniosła się do Warszawy i zdecydowała się na budowę domu, szukała więc architekta, a ja ponownie zostałem „wyswatany” przez Fundację Galerii Foksal. Pierwsze spotkanie wypadło obiecująco, po czym mój inwestor wyjechał do Bazylei na targi sztuki. Tam Monika spotkała pracującego w Szwajcarii Piotra Brzozę, z którym też się zaprzyjaźniła i spontanicznie zaprosiła do projektu. Nagle okazało się, że ma dwóch niezależnych architektów.

 

Trochę niezręczna sytuacja.

 

Żeby wybawić ją z kłopotu, postanowiliśmy zrobić projekt wspólnie. To był okres, gdy szukaliśmy jeszcze swojej zawodowej drogi, byliśmy więc otwarci na różne sytuacje. Konsekwencją było wydłużenie całego procesu – mieszkaliśmy w dwóch krajach, internet nam nie wystarczał, przyjeżdżaliśmy więc do siebie na intensywne projektowe sesje, które kończyły się zazwyczaj prezentacją i dyskusją z klientem. Na co dzień było to jednak dość trudne, bo nie dzieliliśmy się obowiązkami – zależało nam, żeby wszystkie decyzje były od początku do końca wspólne. Zajmowało to sporo czasu, ale było dobre dla projektu. (…)

 

Jak narodził się koncept domu?

 

Za punkt wyjścia przyjęliśmy program i kontekst miejsca, zatem nasze podejście było dość tradycyjne. To, że rezultat może wydawać się nietypowy, nie było wynikiem silenia się na oryginalność, lecz faktu, że przesłanki te dały nam pewne możliwości, których gdzie indziej byśmy nie mieli. Nawet to, że uznaliśmy okoliczną, chaotyczną zabudowę za wartość, próbując przełożyć ją na współczesny język, nie jest takie nowatorskie. Czytam właśnie „Uczyć się od Las Vegas”, książkę, która powstała mniej więcej wtedy, gdy się urodziłem – jest o tym samym. (…)

 

Budynek tworzy własny wewnętrzy świat, działa trochę jak dom atrialny. To dobry trop?

 

Rozciągając dom po całej działce spowodowaliśmy, że cała parcela stała się domem. Sprawiło to też, że dom otwiera się do wewnątrz, a nie na niezbyt atrakcyjną okolicę. Jednak budynek nie miał być aż tak duży, by dawał szansę stworzenia klasycznego domu atrialnego. To kolejny powód rozerwania domu na cztery oddzielne kubatury. Początkowo wydawało się to dość ryzykowne, znaleźliśmy jednak dwa ważne powody, by tak postąpić. Jeden jest „higieniczny” – dla psychicznej równowagi warto rozdzielić strefę mieszkania i pracy. Nawet jeśli to tylko kilka kroków przez podwórko. Drugi powód jest w jakiś sposób podobny, choć mniej oczywisty, wyczuliśmy go raczej intuicyjnie. Są artyści, którzy eksplorują i eksponują własne życie, ale są też tacy, którzy wyraźnie rozdzielają te dwie strefy. Inwestor domu należy raczej do tej drugiej kategorii, budynek jest tego obrazem. (…)

 

Na pierwszy rzut oka struktura domu wydaje się skomplikowana niczym labirynt.

 

Jeżeli uznać, że labirynt to przestrzeń, po której swobodnie porusza się właściciel, ale wprowadza niepewność u intruza, to rzeczywiście tak jest. To domownicy decydują, co komu pokazać i gdzie wpuścić. Panują nad tym, bo to ich królestwo. Potrzebę bezpieczeństwa da się zrealizować inaczej, niż budując ostentacyjną  twierdzę.

 

Dla mnie ten dom przypomina Moriyama House projektu SANAA. Czy ta realizacja „siedziała” Wam w głowie przy projektowaniu?

 

Nie będę zaprzeczał, że znamy projekty SANAA, ale to trochę tak, jak – zachowując proporcje – porównywać szklany dom Miesa z domem Philipa Johnsona: jednocześnie są i nie są do siebie podobne. Być może dom pana Moriyamy dał nam odwagę, by podjąć pewne decyzje, tak jak dom pani Farnsworth ośmielił Johnsona. W obu przypadkach to jednak różne projekty. Największe podobieństwa są natury urbanistycznej – pół żartem lubię mówić, że Warszawa jest najbardziej na zachód wysuniętą azjatycką metropolią. (…)

 

 

lukier_i_mieso_web

 

Chciałbym zapytać Cię o książkę „Lukier i  mięso”, w której rozmawiasz z Grześkiem Piątkiem i Jarkiem Trybusiem o polskiej architekturze po 1989 roku. Odbiła się już szerokim echem w mediach, została nawet bestsellerem. Skąd pomysł na taką publikację?

 

Dość nietypowo pomysł nie wyszedł od żadnego z autorów, tylko od wydawcy. Kuba Banasiak z Wydawnictwa 40 000 Malarzy, uznał, że brakuje publikacji komentującej współczesną polską architekturę adresowanej do szerszej publiczności. Naturalne było zaproszenie do projektu Piątka i Trybusia, z jednej strony znanych i uznanych już krytyków i popularyzatorów architektury, z drugiej osób, które są w jakiś sposób rówieśnikami opisywanego czasu. Ja miałem być dla nich kontrapunktem, kimś, kto uruchomi rozmowę, ale też spojrzy na pewne rzeczy inaczej. Zabawne, że doszło do pewnego odwrócenia sytuacji – to praktyk miał rozmawiać z teoretykami, częściej jest odwrotnie. Dzięki temu ta rozmowa jest może choć trochę zakorzeniona w codzienności.

 

Czy szkielet rozmowy – to był Twój pomysł?

 

Projektujący budynek architekt najczęściej ma niewielki wpływ na jego program – realizuje potrzeby inwestora. Podobnie było przy książce, trzeba pamiętać, że było to konkretne zamówienie. Podszedłem więc do sprawy trochę jak do kolejnego projektu – starałem się po swojemu sprostać zadaniu. Nasza rozmowa została spisana przez redaktora, ale nie tylko w sensie technicznym nie napisałem tej książki, raczej ją współprojektowałem. Czytając tę rozmowę można trochę „zajrzeć” do naszych głów. Całość ma dawać czytelnikowi wrażenie, że siedzi z nami przy stoliku i przysłuchuje się żywej dyskusji. Wadą takiej strategii jest pewne nieuporządkowanie – nad czymś przesadnie się koncentrujemy, po innych tematach dość powierzchownie się prześlizgujemy lub w ogóle o nich zapominamy.

 

Mój główny zarzut to, że za często się ze sobą zgadzacie – brakowało mi ostrzejszej polemiki.

 

Znamy się od lat i pewne tematy mamy już chyba dość dobrze przepracowane, więc rzeczywiście miewamy dość podobne poglądy. Największe różnice wynikają z odmiennego wykształcenia – ktoś kto jest historykiem sztuki czy dziennikarzem i nie doświadczył na własnej skórze całego procesu projektowania budynku, często ocenia tylko finalny rezultat pracy architekta. Z drugiej strony bywa to odświeżające.

 

Jak na architekta jesteś ciekawym przypadkiem, bo zabierasz krytyczny głos w sprawie profesji, którą sam uprawiasz. Książka nie była Twoją pierwszą wypowiedzią?

 

Na studiach zacząłem współpracę z „Arcytekturą”, w zasadzie załapałem się na końcówkę aktywności tego studenckiego pisma. Był to poligon dla dalszej poważnej działalności jego twórców, Mycielski i Stiasny stali się później znaczącymi krytykami, zaczęli współpracę z „dorosłą” „Architekturą-murator”, do której w pewnym momencie i ja zacząłem pisywać. Jednym z pierwszych moich tekstów był artykuł o budynku „Głosu Pomorza” zaprojektowanym przez HS99. Pełen studenckiej jeszcze energii uparłem się, żeby pojechać do Koszalina i z nimi porozmawiać. Wówczas było to już ciekawe biuro, które z racji geopolityki realizowało jeszcze niewiele.

 

Czy nie jest trudne dla czynnego zawodowo architekta mówić o pracy kolegów?

 

To trudne i łatwe. Jedziemy na tym samym wózku, potrafię więc zrozumieć pewne procesy i problemy, z którymi się zmagają się oni i ja. Ale pojawia się też chęć autocenzury, w końcu funkcjonujemy w tym samym środowisku, trzeba nauczyć się pisać szczerze, ale tak, by nikogo nie obrazić, krytyka przestaje być wtedy konstruktywna. (…)

 

Czyli, używając Waszego języka – było więcej lukru niż mięsa.

 

Trudno opowiedzieć o pewnych zjawiskach bez podawania konkretnych przykładów, bo wtedy stają się bardziej zrozumiałe. Zdecydowaliśmy się użyć tych powszechnie znanych, inaczej nie dotarlibyśmy do szerszego odbiorcy, a nie chcieliśmy tworzyć hermetycznego dzieła.  (…)

 

Zawsze pytam młodych architektów na koniec rozmowy, czym dla nich jest architektura?

 

W jakiś sposób mnie to nie interesuje, ważniejsze wydaje mi się określenie, kim współcześnie jest architekt. Widzę  jego rolę przez pryzmat warsztatu. Sama architektura jest emanacją wielu różnych sił, architekturę się negocjuje, projekt to tylko jeden z etapów. Kolejnym jest budowanie, ale na tym się nie kończy, a może dopiero zaczyna, bo budynek zaczyna żyć własnym życiem. W sumie jest to proces i sam się dziwię, temu co powiedziałem, bo dążę do skończonych dzieł, realizacji.

 

 

Artykuł opublikowany został w nr 17 ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – http://www.archsarp.pl/kategoria-produktu/arch

 

 

ARCH #54
LIPIEC/SIERPIEŃ 2019
facebook