AUTOR ARTYKUŁU

KONRAD KUCZA-KUCZYŃSKI
ROMUALD GUTT 1888-1974 | ODKRYWANIE
23 lipca 2013 | wyślij link
ROMUALD  GUTT  1888-1974 | ODKRYWANIE

Niedawno, bo 2 lutego 2013 roku minęła 125 rocznica urodzin Romualda Gutta. Napisano o Nim i Jego znakomitych dziełach już wiele. Nie zawsze jednak są one dzisiaj właściwie  postrzegane i odczytywane. Te refleksje powinna pisać Anna Dybczyńska-Bułyszko, znawca i propagator Jego architektury. Jedyne wytłumaczenie mego tekstu, to osobista pamięć o Profesorze jeszcze z lat moich studiów,  a później  przez wiele przyjacielskich kontaktów i wspomnień o Profesorze ludzi z kręgu współpracowników, przyjaciół i rodziny: Tadeusza Zielińskiego, Haliny Skibniewskiej, Michała Gutta i Michała Glinki – mego pierwszego mentora w architekturze. Na korytarzach Wydziału, w latach 1958-1964 tylko mijałem skupionego, zamyślonego, małomównego i jakby obok nas, studentów Profesora, pierwszego powojennego dziekana naszej szkoły. Nie byłem Jego uczniem, podobnie jak tak wcześnie odczytujący wartości Gutta Andrzej Kiciński – zazdrościłem później tego kontaktu i nauk. Bo do Gutta trzeba było dojrzeć. Dojrzewanie do zrozumienia architektury Romualda Gutta trwało lata, napisałem w eseju o nim w 1989 roku. Niech to będzie motto tej refleksji.

 

Jak zobaczyć więc dzisiaj, z perspektywy szumów i niejasności zasad współczesnej architektury, przesłanie architektury  Romualda Gutta?

 

Kłopoty  z docenieniem tej architektury mieli Jemu współcześni. W czasie konkursu na prestiżowy projekt pawilonu polskiego na wystawę paryską w 1937 roku, rozwiązanie Gutta zostało przez jury odrzucone. Pawilon polski, ostatecznie autorstwa Pniewskiego, Brukalskiego i dołączonego później Lacherta został co prawda zauważony i nawet nagrodzony najwyższym odznaczeniem przesłanym przez Komisarza Wystawy, samego Augusta Perreta. Ale jak słusznie zauważa Dybczyńska-Bułyszko, na kompozycję pełną liryzmu /…/ o wyraźnie zmniejszonej skali w stosunku do absolutnie wszystkich innych pawilonów narodowych mógł mieć bardziej lub mniej świadomy wpływ poglądów Gutta. Kiedy dziś ogląda się ten odrzucony projekt, oparty o ideę organicznej, ogrodowej kompozycji ekranów ekspozycyjnych, doprowadzającej przez zieleń do prawie minimalistycznego w formie pawilonu – jako sali koncertowej dla prezentacji muzyki polskiej – tego szczególnego odłamu sztuki, którym dorównujemy Zachodowi, może dojrzeliśmy. Bo z perspektywy dzisiejszego postrzegania i tworzenia przestrzeni, szczególnie ekspozycyjnej, widać jak uniwersalne, współczesne i  równocześnie poza czasem było to rozwiązanie Gutta. I to pierwsza refleksja A.D. 2013.

 

Ale na tej samej wystawie paryskiej, willa przy ul. Kieleckiej z 1934 roku, ze znakomitą integracją z ogrodem, projektu Aliny Scholtz, otrzymuje srebrny medal. Skąd ta niezwykła, prawie hansenowska „otwartość formy” na zieleń? Uznawałem to zawsze za skandynawskie inspiracje. Tym bardziej jeszcze po zwierzeniu Haliny Skibniewskiej, iż Mistrz cenił bardzo Asplunda – szwedzką prostotę i ukochanie dopełnienia architektury miękkością żywej zieleni. Ceglane, zatopione w zieleni echa ratusza Alvara Aalto w Saynatsalo, czy domu letniego w Muuratsalo są oczywiste. Ale czy tylko to?

 

Zachwycamy się dzisiaj minimalizmem o źródłach szwajcarskich: Herzog de Meuron, Zumthor. Odkrywamy ich już od ćwierćwiecza. Gutt, co prawda urodzony w Warszawie, ale z racji rodzinnych, znalazł się w Szwajcarii, gdzie wchodził w zawód architekta studiując w latach 1905-1908 w Szkole Technicznej w Winterthur i Szkole Sztuk Pięknych w Zurychu. Czy z tamtego Jego spotkania ze szwajcarskim  racjonalizmem nie pozostał ten sam poetycki zachwyt jak u Petera Zumthora: nad precyzyjnym i zmysłowym użyciem materiału, ale i równocześnie syntezą, kiedy to budowla i pejzaż stapiają się ze sobą, zrastają i tworzą miejsca nie do pomylenia z żadnym innym. Takiego precyzyjnego rysunku detalu spoin i faktury wymagała ulubiona przez Niego, tania i uboga „szara cegła”, nie do pomylenia kiedy spotykamy przedwojenne dzieła Gutta. Dzisiaj widzę doświadczenie Gutta jako syntezę organicznej architektury skandynawskiej i szwajcarskiego minimalizmu. Skibniewska powie: Gutt – prekursor „architektury środowiska”.

 

Odkrywany szwajcarski minimalizm Gutta, to drugi etap dojrzewania.

 

Trzeci to Dom. Częściej wspominamy Go jako autora architektury użyteczności publicznej. Domów w jego twórczości jest może mniej, ale więcej mówią o twórcy. Może dlatego  Tadeusz Barucki w swoim zbiorze wypowiedzi architektów polskich 1909-2009 przy Romualdzie Guttcie dał jego proste i znaczące słowa: Pamiętać musimy również, że to my chatę tworzymy, ale że i chata nas tworzy. Taka jest willa na Kieleckiej, żoliborskie szeregówki na Placu Słonecznym i na Czarnieckiego i przede wszystkim dom dla własnej rodziny. Ta „chata”, to mądra umiarem i znakomicie wpisana w warszawską Skarpę architektura ceglanego domu z 1926 roku, w kolonii profesorskiej, na ul. Hoene-Wrońskiego 5. Ten dom był nie tylko architekturą, ale przystanią dla rodziny, dla architektów z pracowni: Haliny Skibniewskiej, Tadeusza Kobylańskiego, Jacka Nowickiego, Aliny Scholtz. Bywali tu przyjaciele: Tadeusz Zieliński, Aleksander Kobzdej, Zofia Kossak-Szczucka, sąsiedzi z kolonii profesorskiej: Zygmunt i „ciocia Hipa” Kamińscy, Tatarkiewiczowie. Dom gościł często harcerzy-uczniów pobliskiego gimnazjum Batorego, kolegów Michała Gutta – przyszłe środowisko „Zośki”. Znamy dobrze, z Andrzejem Miklaszewskim,  przyjazną przestrzeń i mądre detale pracowni na piętrze – wynajmowaliśmy ją przez prawie trzy lata. Halina Skibniewska wspominała (…) wizytę Bohdana Pniewskiego w pracowni u Gutta i znamienne słowa: ja mam wszystko, ale zazdroszczę Ci, że każdy Twój budynek budujesz tylko dla tego miejsca. I jest prawdą, iż ten dom, konsekwentny dla własnej drogi Mistrza, sygnalizuje postawę „szkoły warszawskiej” wobec awangardy. Nie brak w niej śmiałości – brak zawierzenia ortodoksyjnym hasłom. To jest właśnie nauka Gutta. A tak teraz często nie chcemy jej słyszeć, chłonąc bez refleksji modne wzorce światowe. A Gutt pozostał polski.

 

Czwarte dojrzewanie do odczytania Gutta jest trudne. Bo to odpowiedź twórcy na dramat wojny: rozstrzelanie na Pawiaku najstarszego syna Jana i córki Marii, która nie powróciła z Oświęcimia. Wraca do projektów cmentarzy wojennych z 1915 roku i 1921, ale już z dramatem okaleczonej rodziny. To pewnie Im dedykuje „leśny”, jak ulubionego Gunnara Asplunda, Cmentarz Patriotów w Palmirach i Cmentarz Poległych w Powstaniu Warszawskim na Woli – obydwa z 1946 roku, kwaterę „Zośki” z brzozowymi krzyżami na Powązkach. Ale najwyższy poziom kontrolowanej emocji czytamy w upamiętnieniu ruin „Pawiaka” z 1963. To autentyczny minimalizm: betonowego muru, brukowanego placu, pozostałości więzienia, drzewa-symbolu i ekspresyjnego metalu rzeźb.

 

Rocznica przypomina i zobowiązuje do odkrywania na nowo tej równie minimalistycznej, jak i przyjaznej człowiekowi i przyrodzie architektury Gutta.

 

Jest jednak też i polski paradoks niszczenia i gubienia zamiast odkrywania. To zamalowana ceramika willi na Kieleckiej, zabudowane ażury podcieni GUS-u, prymitywne reklamy na ścianach Szkoły Pielęgniarek i skandalicznie zaśmiecona minimalistyczna w idei przestrzeń przed wejściem do Muzeum Pawiaka.

 

Nie wszyscy dojrzeliśmy do trudnych wartości Mistrza.

 

 

FOTO: WIKIMEDIA COMMONS

 

Artykuł opublikowany został w nr 17 ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – http://www.archsarp.pl/kategoria-produktu/arch



ARCH #51
STYCZEŃ/LUTY 2019
facebook