AUTOR ARTYKUŁU

KONRAD KUCZA-KUCZYŃSKI
WITOLD BENEDEK 1930-2011
21 czerwca 2013 | wyślij link
WITOLD BENEDEK 1930-2011

W słoneczny dzień początku lata, 22 czerwca 2011 roku, na powązkowskim cmentarzu skromnie żegnaliśmy Witolda Benedeka. Zmarł w Warszawie, po długiej chorobie, w tym samym dniu, w którym daleko stąd zginęli Stefan i Jacek.

 

Jaki był jako architekt i człowiek? Nie ma  potrzeby wymieniać szczegółów Jego znacznego i znanego w środowisku dorobku twórczego. Większość prac powstawała wspólnie ze Stanisławem Niewiadomskim, a w brawurowym, bo tuż po studiach ukończonych w 1954, wygranym w tym samym roku konkursie i później realizacji warszawskiej Akademii Muzycznej, współautorem był Władysław Strumiłło. W wielu późniejszych pracach partnerkami w zespole „BNS” stały się Krystyna Szypulska i Barbara Staniszewska. Pisząc niżej o Witoldzie i Jego pracach, oczywiście trzeba widzieć jak zawsze – udział tego zespołu.

 

Mam prawo powtórzyć tutaj sens własnych słów ze spontanicznego pożegnania na cmentarzu: Witold był dla mnie w zawodzie pierwszym, autentycznym nauczycielem architektury, już nie rysowanej czy konkursowej, ale tej realizowanej. Najpierw było poznanie Go przy projektach kursowych  jako asystenta u prof. Lacherta, potem doradzenie dyplomu u prof. Pniewskiego, pomoc i nauka przy konkursach, a wreszcie przez lata 1966-1973 znakomita praktyka projektowa pod Jego opieką, jako głównego projektanta, przy projekcie i realizacji Biblioteki Głównej UMK w Toruniu.

 

Poznanie Witolda jako świetnego architekta nie było łatwe: trzeba było być obok. Jego prace nie są bowiem efektowne, nie ułatwiają więc szybkiego odbioru, a sam Witold nie należał do ludzi nachalnie kontaktownych. Tajemnicą Jego architektury było unikanie architektonicznego blichtru i profesjonalnych, łatwych często sztuczek, szczególnie tak powszechnych dzisiaj w zawodzie, na rzecz szukania architektury poza modą, architektury poza czasem jedynie promocyjnego efektu.

 

Dobrze można tego doświadczyć przy spotkaniu z budynkiem Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina, ukończonej w 1966 roku, której czytelna przestrzeń tak dobrze wytrzymuje czas, a samo jej serce: sala koncertowa, jest stale jedną z najlepszych sal tego typu w stolicy, również akustycznie. Taka architektura powstawała u Witolda przez uparte, pozytywnie rzemieślnicze poszukiwanie  odpornych na czas rozwiązań istoty przestrzeni, a nie tylko modnej „skóry”. Bez wątpienia było to myślenie z gruntu modernistyczne, ale z tego najdojrzalszego nurtu lat sześćdziesiątych. Tylko bliski kontakt przy desce pozwalał na takie obserwacje i takie wnioski o typie Jego twórczości.

 

Kolejną cechą twórczą, która wielokrotnie dawała zwycięstwa w otwartych konkursach architektonicznych, było perfekcyjne rozwiązywanie funkcjonalnych łamigłówek. Czystość rzutów w Jego pracach jest znakiem rozpoznawczym, który potem sprawdzał się zresztą w autentycznej, zrealizowanej już przestrzeni. Dobrze to widać nie tylko w trudnych technologicznie bibliotekach szkół wyższych: od Torunia przez Białystok czy Siedlce, ale również w małych dziełach, takich jak Wydział Prawa i Administracji  UW, w którym współautorką była córka, Małgosia.

 

Racjonalność architektury Witolda szła od skali urbanistycznej i sprawnej funkcji budynku, aż do detalu architektonicznego. Dzisiaj to ostatnie jest  ułatwione przez szeroki rynek budowlany, ale w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, sprawność indywidualnie zaprojektowanego detalu decydowała w dużym stopniu o jakości dzieła. Wówczas budynek składany z ograniczonej ilości typowych profili stalowych, drewnianych elementów stolarskich, gumowych uszczelek, blach i prostego szklenia, był zawsze tematem długich rozważań Witolda – aż do ostatecznego rozwiązania.

 

Architektura Witolda była też oszczędna ekonomicznie, uboga w dobrym znaczeniu tej cechy architektury. Można to dostrzec w realizacji zespołu szkoły Przymierza Rodzin na Ursynowie z 2001 roku, projektowanej wspólnie z żoną Irminą Samełko-Benedek. To był oczywisty wymóg jednej z pierwszych nowych szkół społecznych i promując Witolda w staraniach o tę realizację, wiedziałem, że Jego myślenie odpowiada potrzebom ubogiego zamawiającego.

 

Podobna rzetelność jak w detalu cechowała Go przy myśleniu o wnętrzach. To co dzisiaj dość długo i w zasadzie sucho, beznamiętnie robi  „drutem” komputer, Witold rysował miękką, ale bezbłędną kreską,   analizując w ten sposób jakby transparentną przestrzeń. To był rysunek ze szkoły Corbusiera, Sołtana.

 

Ta wspomniana modernistyczna racjonalność, rzetelność rzemiosła, sprawność struktur przestrzeni, dały Mu w 2006 roku, razem ze Stasiem Niewiadomskim, Honorową Nagrodę SARP – najwyższe środowiskowe wyróżnienie.

 

Witold był „do środka”. Mało efektowny w rozmowie i rzadkich wystąpieniach, ale mówił z przekonaniem i precyzyjnie. Nie bawił nachalnymi dowcipami, chociaż z racji inteligencji był otwarty na dyskretny żart i autentyczny, nie dolepiany, amerykański uśmiech. Może to zjednywało mu zawsze, bo od 1950 roku, kiedy to jeszcze w czasie studiów stał się dydaktykiem, szacunek studentów, niezależnie od zaufania do zawodowej, solidnej wiedzy.

 

Zapamiętałem Go też anegdotycznie: zawsze w czasach naszych toruńskich podróży miał pod ręką scyzoryk służący do obierania jabłka, które też zawsze pojawiało się w Jego zasięgu. Był tak jak i ja fanem Kazimierza nad Wisłą. Wiosenne i jesienne Jego spacery, należały do stałego pejzażu bywalców miasteczka.

 

Taki pozostał w mojej pamięci: szkicujący miękkim ołówkiem czytelne perspektywy, zamyślony, obierający jabłko w pociągu do Torunia i w typowej dla Niego  czapce z daszkiem oddalający się powoli w perspektywie  kazimierzowskiej ulicy Krakowskiej…

 

Warszawa, 12.09.2011         

 

 

Tekst opublikowany został w nr 8 ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – http://www.archsarp.pl/kategoria-produktu/arch

ARCH #51
STYCZEŃ/LUTY 2019
facebook