AUTOR ARTYKUŁU
JAKUB WACŁAWEK
STEFAN KURYŁOWICZ | ALFABET WSPOMNIEŃ
6 czerwca 2013 | wyślij link
STEFAN KURYŁOWICZ | ALFABET WSPOMNIEŃ

 

APA
To było chyba pierwsze biuro w Warszawie (może nawet w Polsce) – „niepaństwowe”. Założone w 1981r. przez grono przyjaciół, jako półprywatna federacja niezależnych autorskich pracowni architektonicznych. W 1982 dołączył do nich Stefan, ze swoją pracownią. Skład był imponujący – razem z szefem liczył cztery osoby!

 

APA – TAMKA
Na piątym piętrze, w ciasnym pomieszczeniu na poddaszu, wynajętym od kolegi mieściła się pracownia Stefana. W lecie niemiłosiernie grzało, równoważąc przykry ziąb zimowy. Jako obdarzeni słusznym wzrostem, w niektórych miejscach musieliśmy się troszkę schylać. Ale wychodząc na dach mogliśmy uczestniczyć w życiu publicznym kraju – obserwując zamieszki uliczne lat osiemdziesiątych.
Trochę później przenieśliśmy się całe sześć kondygnacji w dół – do niedużo większego lokalu; tym razem w suterenie. (…) Warto też wspomnieć, że to były ostatnie lata ręcznej manufaktury projektowej – jedyna elektroniką były NRD-owskie kalkulatorki a komputery, drukarki, plotery nie istniały. Odbitki projektów biegaliśmy robić do zaprzyjaźnionej pani Basi z naszego niegdyś macierzystego biura na Królewskiej. Ale też i dokumentacja na budowę była „chudsza” a skrobanie żyletką na kalce było chyba mniej pracochłonne, niż dzisiejsze tworzenie kolejnej wersji w CADzie. Inaczej też „sprzedawało” się projekt – ponieważ ludzi obdarzonych przez Boga zdolnościami rysunkowymi było równie, jak dziś mało, docenialiśmy wartość ręcznie wykonanej perspektywy. Stefan rysował wspaniale ale brak czasu rzadko pozwalał Mu wyjść poza stadium wczesnych, inspirujących szkiców.

 

APA – DYREKTOR
Stefan w 1987 r. został dyrektorem a właściwie został wybrany na dyrektora APY – mimo, że najmłodszy w gronie szefów pracowni. W trudnej rzeczywistości lat osiemdziesiątych zgłębiał tajniki bilansu, sprawozdań, podatków, norm zatrudnienia itp. pracując nad utrzymaniem w całości niesfornej federacji pracowni. Każda z nich miała za szefa ze wszech miar wybitnego architekta i nieostatnim zadaniem dyrektora było pogodzenie ich ambicji a także utrzymanie na plusie wspólnego bilansu.

 

ARCHITEKTURA
Trudno mi mówić o architekturze – wspólnie projektowanej i realizowanej – nie mnie ją oceniać. Tworzoną przez Stefana i Jego zespół w Kuryłowicz & Associates obserwowałem z boku – zawsze wzbudzała emocje, podziw a czasami, muszę się przyznać także i zazdrość. Ale zawsze czułem w niej rękę Stefana – architekta, który na naszych oczach dorósł do poziomu przedwojennych gigantów – B. Pniewskiego, R. Gutta. Architekta, z którym mało kto mógł się w Polsce ścigać. Jego siłą były własne nieprzeciętne zdolności a także niebywała umiejętność tworzenia znakomitego zespołu. Wielu dzisiejszych i przyszłych świetnych architektów będzie wspominało z dumą czas pracy w Jego firmie. Myślę także, że już niedługo o Jego projektach i realizacjach będą się uczyć kolejne generacje studentów.

 

KOŚCIOŁY
Pierwszy temat ze Stefanem to projekt i realizacja wielkiego kościoła na Widzewie w Łodzi. Olbrzymie założenie sakralne wygrał w konkursie razem z Waldemarem Szczerbą, z którym jednak drogi projektowe Mu się rozeszły i temat został podzielony. Pamiętam naszą satysfakcję projektowania największego wówczas nowego kościoła w Polsce. Wspominam też swoje „męki” twórcze, gdy miałem narysować wieżę kościoła inspirowaną smukłym kształtem Jasnogórskim. (…)
Ostatnim naszym wspólnym dużym tematem był kościół z klasztorem i szkółką parafialną przy ul. Modzelewskiego/Woronicza. Władza PRLu przydzieliła zakonowi Franciszkanów wyjątkowo mało przyjazną działkę – szerokości ca 20 a długości ca 200m. W przeciągu jednego tygodnia Stefan narysował podstawowy rzut – ideę całości. Zespół wyżywał się w elewacjach, które nie ukrywam, później określone zostały jako klasyczny postmodernizm. Rysując jednak kolejne neo-portale, spadziste dachy z sygnaturką, bądź mansardowymi oknami nie przejmowaliśmy się definicją stylu – sprawiało to nam po prostu dużą frajdę.
Dzisiaj często określam ten kościół jako parafialny Telewizji Polskiej.

 

NARTY
Pamiętam zawsze Stefana na nartach. W latach 80-tych jeździliśmy z naszymi rodzinami do modnych wówczas kurortów – Wisły i Szczyrku. Ja powoli uczyłem się skrętu w prawo a Stefan w tym czasie szusował w swoim wspaniałym rozpoznawalnym stylu – nogi zawsze razem, ręce szeroko, kije rzadko dotykające śniegu. Na stok przeważnie wychodziliśmy pierwsi – jako ostatni schodził Stefan – po prostu musiał wykorzystać cały czas na śniegu. Wiele lat później zaprosił mnie do gromadki przyjaciół – jeżdżących razem w rejony włoskich i austriackich Alp. I tu znowu był w swoim żywiole – nigdy nie zaniechał próby zjechania szybciej, niż młodszy o powiedzmy trzydzieści lat kolega lub zajęcia jak najwyższego miejsca w kolejnych zawodach. W Madonnie di Campiglio, Hintertuxie, Stubaitalu – wszędzie starał się wykonać maksymalną ilość zjazdów, budząc tym chyba nie tylko moją cichą zazdrość. Ale zarazem parę słów Jego pochwały mojego lepszego niż dwadzieścia lat wstecz stylu sprawiało mi niekłamaną radość! Także na nartach należał do „starszyzny” – żartobliwie wybranego przez wszystkich jeżdżących do Madonny kolegów do grona „Wujów” . Ten tytuł-nietytuł sprawiał Mu wyraźną przyjemność. Trzy lata temu, jako jeden z ostatnich założył kask, w tym roku zdecydował się nauczyć jeździć carvingiem.

 

PARTNER
W 1982 zostałem zaproszony przez Stefana do Jego pracowni. Byłem, jak to dziś oceniam Jego „młodszym” partnerem. Projektowaliśmy razem, razem podpisywaliśmy projekty ale trud zdobywania nowych tematów, ryzyko negocjacji i podpisywania umów z inwestorami Stefan brał na siebie. Jak duży i odpowiedzialny jest to zakres pracy zrozumiałem po latach – jako szef własnej firmy. Zawsze też doceniałem Jego uczciwość i solidność we wzajemnych rozliczeniach finansowych – dość powiedzieć, że przez te 5 lat nigdy nie pokłóciliśmy się na temat pieniędzy.

 

RODZINA
W tym samym wrześniu 1976 r. braliśmy ślub z naszymi Żonami. Ewa – jak często Ją półżartobliwie określał „Moja Droga Żona” – wielka miłość Jego życia. Pracowali razem w firmie, współpracowali na Wydziale, mimo prowadzenia oddzielnych pracowni. Doceniali wzajemnie swoje zdolności, tworząc znakomity tandem – porównywalny do Brukalskich czy Syrkusów. Ich synowie – starszy poważny Michał i młodszy Marek (niegdyś zwany Radkiem) – rówieśnicy moich synów. Znałem ich z dziecięcych przygód na stoku a dziś obserwuję z przyjemnością ich kariery. Michał pewnie niedługo zostanie profesorem chirurgii a Radek próbuje sił w biznesie. No i trzecie pokolenie – malutka Hania i Ignacy – wnuki, których Stefanowi od niedawna zazdrościłem.

 

SAMOCHODY
Stefan, jak chyba wszyscy (mężczyźni w każdym razie) lubił samochody – w 1982r. i trzydzieści lat później. Mieliśmy satysfakcję, może dziś mało zrozumiałą, bo dorobiliśmy się czegoś troszkę lepszego niż małe fiaty. Nasze wspaniałe ścigacze – Fiaty 125p miały tylko jedną wadę – piły dużą ilość benzyny, na którą zawsze brakowało kartek. Dlatego też patrzyliśmy z wielką zazdrością na naszego przyjaciela Jacka, który ciężko harując za granicą dorobił się prawdziwego Forda – diesla. O tak, tego nam brakowało! Kupując potem kolejne samochody, ja często (używane), Stefan rzadziej (nowe) wyrastaliśmy powoli z fascynacji samochodem, jako męską zabawką. Pamiętam jednak jeszcze wspaniałą anegdotę Stefana o Jego próbach połączenia nadwozia Poloneza z silnikiem diesla od Peugeota. Nigdy się to nie udało i Jego jedyną przyjemnością pozostało sprzedanie tego „zestawu” pierwszemu klientowi z ogłoszenia. Pod skórą oczywiście słabość do samochodów trwała i pod koniec lat 90-tych Stefan wszystkim imponował jednym z pierwszych w Warszawie Jaguarów. Zmieniając potem swojego S-Type wylądował w końcu w XKR – wspaniałym klasycznym Jaguarze Coupe, którego sylwetka sportowego bolidu rozpoznawana była od razu na ulicy. Jego moc była tak wielka, że utrudniała codzienną jazdę – w zimie stał w garażu, nie mogąc wystartować na lodzie bez zerwania przyczepności kół.

 

TENIS
Graliśmy w tenisa „od zawsze”. Czasami z długimi przerwami ale ostatnie parę lat stale w poniedziałki o 21ej na korcie AWF na Bielanach. Często przychodził bezpośrednio z kolejnego spotkania biznesowego, ale nie oznaczało to, że ze zmęczenia odpuszczał mi jeden lub drugi gem. Nie, mimo że przeważnie miałem lekką przewagę – walczył do końca. Zawsze podkreślał, żebym grał z Nim z respektem dla Jego wieku i możliwości, po czym w czasie tej krótkiej godziny „rozkręcał” się szybko i dochodziło do poważnej wymiany ciosów. Ze względu na odniesioną niegdyś kontuzję barku nie mógł normalnie serwować ale wynagradzał to sobie niejednokrotnie dochodząc często do siatki na wolej bądź smecz (co oczywiście też było, teoretycznie – dla Niego niewskazane).

 

SAMOLOT
To pasja Jego ostatnich lat i chyba jedna z największych. Umożliwiła mu prowadzenie budów i projektów w całej Polsce ale i możliwość częstych wizyt w swoim domu w Kazimierzu albo rodziny w Juracie – nie była bez znaczenia. Leciałem z Nim parę razy – nie ukrywam, że na początku z duszą na ramieniu. Imponował mi swoim profesjonalizmem, skrupulatnością pilnowania procedur i spokojem pilotażu.

 

WAKACJE

Jeździliśmy często razem na wakacje – te dwa tygodnie daleko, na plaży nad ciepłym morzem nie wymagają bliższych opisów. Ale nie – jedna rzecz je wyróżniała. Stefan biegał; biegał w Warszawie i biegał na Sycylii, biegał w lecie i w zimie. Było to 8 do 10 km codziennie – korzystaliśmy z tego też i my leniuchy – kupował po drodze dla wszystkich świeże bułeczki. A gdy powiedział, że pobiegnie maraton – nie dziwiliśmy się zbyt długo. Rzeczywiście pobiegł i to w dobrym czasie!

 

WYDZIAŁ
Oczywiście chodzi o Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Ten Wydział skończył w 1972 roku, będąc już pracującym asystentem w katedrze prof. prof. K. i H. Wejchertów. Na studiach wygrywał konkursy – razem z Tomkiem Ciołkiem i Andrzejem Nasfeterem. Zapamiętałem także Jego dyplom – jeden z największych – 40 plansz to i dzisiaj wynik imponujący.  Później pracował w zespole prof. Macieja Gintowta, po jego śmierci obejmując kierownictwo pracowni. W międzyczasie napisał doktorat (miło mi, bo u mojej Matki), a także równie mimochodem – habilitację. Zostając profesorem budził moje i chyba nie tylko moje zdziwienie, kiedy miał na to czas – prowadząc największe biuro projektowe w Polsce. Próbował ze swoją żoną Ewą, także profesorem, wprowadzić liczne zmiany w sposób nauczania na Wydziale – niestety zabrakło Mu na to czasu…

 

ZESPÓŁ

Lata mijają, pamięć zaciera twarze … Ale gdy zacząłem pracować ze Stefanem poznałem Krysię Tulczyńską, Piotra Kuczyńskiego – wtedy jeszcze studenta. Trochę później żonę Stefana – Ewę. To był ścisły trzon pracowni – dziś partnerów w Kuryłowicz & Associates. (…)

 

 

Ten alfabet jest niepełny – myślę, że długo będą mi się przypominały kolejne litery.
Tylko Jego już nie ma.

 

 

 

Tekst opublikowany został w nr 7 ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – http://www.archsarp.pl/kategoria-produktu/arch

ARCH #54
LIPIEC/SIERPIEŃ 2019
facebook