AUTOR ARTYKUŁU
FILIP SPRINGER
NOTATKI Z PRZESTRZENI: BEZ ARCHITEKTURY NIE MA ŻYCIA
4 czerwca 2013 | wyślij link
NOTATKI Z PRZESTRZENI: BEZ ARCHITEKTURY NIE MA ŻYCIA

Jak bolą oczy to zamykam, bo nie kieruję. Ból mija i można oczy otworzyć. Czasami trochę łzawią, ale to też przechodzi. W każdym razie można się przyzwyczaić. Wracam w te góry po kilku dobrych latach i nie mogę uwierzyć w to, co się z nimi stało. Ostatnio też tak miałem

 

 

Łomnica

 

W drodze do Karpacza zatrzymuję się u Elisabeth von Küster. Złośliwi mówią o niej „Pani na Łomnicy”. Ona złośliwymi nauczyła się nie przejmować. Uśmiech nie znika z jej twarzy.

 

Siadamy w kawiarni i pijemy herbatę. Ona słyszała o Miedziance, ja pisząc tę książkę mijałem łomnicki pałac dziesiątki razy pędząc do Janowic na rowerze. Nigdy się jakoś nie złożyło, żeby wejść do środka.

 

Przyjechała tu w 1991 roku, razem z mężem kupili zrujnowany pałac, który należał do jego dziadków. Zaczęli remonty.

– I wiesz, brałam plany pałacu i wymyślałam, jak go na nowo zaprojektować, by miał najlepszą funkcjonalność.

– I co ci wychodziło?

– Rysowałam jakieś nowe kreski, a potem wymazywałam i zostawało tak jak jest.

 

Rozmawiamy o tym, co się dzieje w okolicy. Jak zmienia się krajobraz.

– Ludzie tego nie rozumieją. Budują na potęgę, a za chwilę będą mieli pretensje, że turyści nie chcą już tu przyjeżdżać. Zresztą sam zobaczysz w Karpaczu.

 

 

Karpacz

 

Rozmawiam z pierwszym burmistrzem po 1989 roku. Mówi, że w latach osiemdziesiątych pojechał na Podhale i się przeraził tym, co górale zrobili z Zakopanem.

– Wszędzie kilkupiętrowe „chaty” z pokojami dla ceprów i blacha na dachu. Pomyślałem sobie wtedy, że w Karpaczu to jest niemożliwe. Myliłem się.

 

Oczy bolą od samego wjazdu. Tesco, Netto, Biedronka, stragany z oscypkami i góralskie knajpy. Pytam sprzedawcę góralskich kapeluszy i ciupag, jakie one mają związek z Sudetami. Odpowiada, że jestem pierwszy, który mu zadał to pytanie, a stoi już tak czwarty rok.

– Turyści biorą w ciemno – dodaje.

 

Nieco niżej jest Śląska Karczma z holenderskim wiatrakiem, gipsowym kupidynem i sztuczną sadzawką, po której pływają plastikowe kaczki. Jest zamknięta, więc nie mam okazji zapytać, co to wszystko ma znaczyć.

 

W Białym Jarze plastikowe dinozaury i pomarańczowa buda wyciągu. Nieco wyżej perła w koronie karpackiego hotelarstwa – Gołębiewski. Przechodzę obok i staram się patrzeć w drugą stronę, ale trochę się nie da. Idę na wyciąg. Chcę pojechać na Śnieżkę zobaczyć jak się mają „Trzy Hamburgery” Witolda Lipińskiego. Siadając na krzesełku obiecuję sobie, że nie będę spoglądał za siebie. Parę razy nie wytrzymuję i potem żałuję.

 

 

Szklarska Poręba

 

Pamiętam jak przyjeżdżałem tutaj z ojcem. Szklarska to była wtedy dla mnie kraina z bajki. Zapach świerków, drewniane domy z fikuśnymi balustradami i szerokimi werandami. Przykurzone ośrodki Funduszu Wczasów Pracowniczych. Zatrzymywaliśmy się tu na jedną noc po całym dniu jazdy pociągiem. Stąd ruszaliśmy w Karkonosze. Mieliśmy wełniane getry i plecaki z aluminiowymi stelażami. Miałem pewnie ze dwanaście lat. Może trochę więcej.

 

Teraz jest inaczej. Nie idę w góry, bo nie mam czasu, ale nie o to chodzi. (…) Chodzę i oglądam. Przy 1-go Maja kompozycja z parkanu, toi-toi’a i dwóch przyczep kempingowych, z których latem sprzedawane są hamburgery. Na płocie ogłoszenie, że wynajmą pod reklamę. Obok drewniana figura Liczyrzepy, czyli Ducha Gór. Jakoś tak nieudolnie wyrzeźbiony. Wygląda jakby się miał zaraz rozpłakać.

 

 

Monachium – Wangen

 

Przygotowania do Octoberfest i wygląda to dość strasznie. Wszędzie ludzie w bawarskich wdziankach i pijani Brytyjczycy z puszkami Heinekena w dłoniach. Zaczepiają dziewczyny i robią sobie z nimi zdjęcia. Na dworcu tłok taki, że zaczynam tęsknić za pustym pociągiem z Oslo kończącym bieg na pustym dworcu w Bergen. Samo Wangen jest małe i przytulne, ale w ogóle się do mnie nie przykleja. Taka bardziej zadbana Świdnica albo Lwówek Śląski.

 

Trafia mnie dopiero w drodze powrotnej. Gdzieś za Hergatz coś dziwnego dzieje się ze światłem, bo wszystko zaczyna wyglądać tak, jakby zaraz miało się skończyć. A za oknem wypisz wymaluj Dolina Bobru. Sokoliki w tle, rozrzucone nad rzeką chałupy z gospodarskimi zabudowaniami z pruskiego muru. Tylko połyskujące metalicznie mercedesy i bmw nie pasują, bo nad Bobrem to raczej passaty i golfy pamiętające lata dziewięćdziesiąte. Ale podobieństwo jest i tak uderzające. Muszę uważać, by się nie dać oszukać. Jeszcze by mi przyszło do głowy, żeby tu zostać.

 

 

Szczecin

 

Szczecin ma na Odrze 26 wysp. Zarastają łąkami, innymi zawładnęli działkowcy, na kolejnych straszą resztki stoczniowej świetności. Tu i ówdzie stoi osamotniona kamienica, jakby wyrwana z pierzei w jakimś lepszym miejscu i postawiona za karę na pustkowiu.

 

Na Łasztowni pofabrycznych hal pilnuje cherlawy ochroniarz z dumnym napisem „Komandos” na plecach. Poprawiając okulary mówi, że można wejść i zobaczyć, ale żeby nie przeszkadzać robotnikom. Tyle, że żadnych robotników tam nie ma. Jest  betonowa przestrzeń z widokiem na Wały Chrobrego. W każdym europejskim mieście inwestorzy by się o to miejsce zabijali. Tutaj jest pusto, cicho i tylko jakiś kundel sika na mur. Na jednej z hal wisi dumny baner reklamowy – Floating Garden – Pływające Ogrody – Szczecin 2050. Pod nim walają się jakieś deski, stoi zdezelowany stół, krzesło i jako żywo paprotka w doniczce. Można usiąść i kontemplować rzekę. Chłońmy tę wizję, nie wszyscy będą mieli szansę jej dożyć.

 

 

Katowice

 

Dworzec już prawie gotowy. Ciągle nie rozumiem, dlaczego na to, co się z nim stało, mówią przebudowa. Ktokolwiek w to wierzy?

 

Idziemy z Markiem nad Rawę popatrzeć na nową bibliotekę. Widziałem ją już wcześniej, ale dobrze jest tam wracać. Potem spotkanie autorskie w Archibarze. Przychodzi Jurand Jarecki i Aleksander Franta. Nie krzyczą na nas za „Źle Urodzone”, a to już w zasadzie coś. W pewnym momencie Franta wstaje i przyjmuje tą swoją pozę mędrca, którą absolutnie uwielbiam. Mówi nabożnie raz po raz zawieszając głos na efektowne pauzy:

– Poza architekturą życie jest niemożliwe.

Myślę sobie, że ciągle o tym zapominamy.

 

 

Warszawa

 

Czytam „Dziennik” Susan Sontag.

„Niebo widziane z miasta jest przestrzenią negatywną. To miejsce, gdzie nie ma budynków”.

 

 

FOTO: FILIP SPRINGER

 

 

Artykuł opublikowany został w nr 15 ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – http://www.archsarp.pl/kategoria-produktu/arch

ARCH #54
LIPIEC/SIERPIEŃ 2019
facebook