AUTOR ARTYKUŁU

TOMASZ MALKOWSKI
MŁODZI ARCHITEKCI: BUDCUD
21 maja 2013 | wyślij link
MŁODZI ARCHITEKCI: BUDCUD

Mateusz Adamczyk i Agata Woźniczka z pracowni BudCud prezentują rzadką postawę w polskiej architekturze – marzycieli i optymistów. Ich maksyma: lepiej dać więcej niż mniej. Wyróżnia ich konceptualne podejście i oryginalny styl prezentacji projektów – poprzez kolorowe makiety i pop-artowe kolaże.

 

 

Tomasz Malkowski: Na swojej stronie internetowej zamieściliście rodzaj credo, piszecie że Wasz „proces projektowy oparty jest o ciągłą ewolucję bazowego modelu określonego przez to, co zastane (kontekst), ale i przez to, co ulotne (marzenie)”.  Szczególnie zaintrygowało mnie ostatnie – architekci rzadko powołują się na rzeczy ulotne. Czym dla Was jest to „marzenie” w projektowaniu?

 

Mateusz Adamczyk: To chyba nasz optymizm. Gdy projektujemy, nie skupiamy się na tym, co tak często spędza sen z powiek architektom – czyli na przeciwnościach. Normy, ograniczony budżet, zawirowania prawne – mogą przytłoczyć. Na samym początku projektu staramy się o tym wszystkim zapomnieć, szukamy najpierw jasnej strony i wokół niej budujemy ideę, znajdujemy jakości, które są dla nas najważniejsze. Dopiero potem myślimy o negatywnych aspektach, ale staramy się je w naturalny sposób rozwiązać.

 

Agata Woźniczka: Dla mnie to marzenie to zestaw pożądanych wrażeń i emocji, które chcę zawrzeć w projekcie. To może być zapamiętany obraz czy film, a nawet coś, co kojarzy się z dzieciństwem, z przeszłością. To mogą być więc rzeczy ulotne – jak ulubione zapachy, wspomnienie przestrzenne. Próbujemy je w projekcie uchwycić, zachować, wzmocnić albo wykreować na nowo. (…)

 

Przyszliście dziś na rozmowę prosto z warsztatów projektowych. Od dwóch dni wraz z kilkoma innymi młodymi biurami pracowaliście nad koncepcją Skweru Sportów Miejskich, jaki ma powstać na Bemowie. Możecie opowiedzieć trochę więcej, co to za projekt?

 

AW: Skwer Sportów Miejskich to idea zainicjowana przez Grzegorza Gądka, deskorolkarza i miejskiego aktywistę, udało mu się nią zarazić wiele osób, w tym nas – sporą grupę młodych architektów. To idea stworzenia w jednym miejscu możliwości uprawiania różnych sportów dla różnych ludzi, różnych grup wiekowych i społecznych i o różnym stopniu sprawności ruchowej. Skwer ma być więc w pełni demokratyczny i otwarty. Będzie zupełnie nową jakością w polskiej praktyce tworzenie przestrzeni publicznych.

 

MA: Niestety, ten skwer rodzi się bólach, bo już trzy lata nad nim pracujemy, a wciąż jest tylko na papierze. Najpierw miał powstać na Zielnej, w samym centrum Warszawy. Tam mieliśmy pomysł na Stadion Siedmiolecia, bo miał formę odwróconego stadionu, gdzie w środku się siedziało i obserwowało atrakcje sportowe rozmieszczone po obwodzie. Miał stanąć jeszcze na Euro, co było z naszej strony trochę takim żartem. A Siedmiolecia, bo skwer miał być tymczasowy, tylko na siedem lat. Niestety miasto się przestraszyło, że skwer zostanie na zawsze i się wycofało.

 

AW: Całe szczęście, że do Grzegorza zgłosiła się rada dzielnicy Bemowo. I tamtejsi zastępcy burmistrza, stwierdzili, że chcą taki skwer u siebie, na osiedlu Przyjaźń. Działka była mocno zalesiona, więc tam z kolei był pomysł na budowę zadaszenia, które jak molo miało się rozpływać między drzewami. Niestety – skwer jak i nasza koncepcja dzielnicy akademików na osiedlu Przyjaźń – przepadły pod koniec roku, gdy okazało się, że są roszczenia do gruntów, na których miały być te inwestycje.

 

Pracujecie więc nad trzecim skwerem?

 

AW: Tak i znów będzie zupełnie inny pomysł, bo idea Skweru od początku była taka, że to jest coś szytego na miarę – dla danej lokalizacji i społeczności. Skwery nigdy nie będą powtarzalne jak Orliki, które każda gmina może sobie przekopiować. Teraz mamy wąską długą działkę przy ulicy gen. Pełczyńskiego, a nasza główna idea to stworzenie Alei Sportowej. Pracowaliśmy nad nią na warsztatach w tej samej ekipie co wcześniej, czyli my, Centrala, Monika Wróbel z KAPS Architekci, MOKO, WWAA oraz Michał Wądołowski – nowy architekt w tym zespole, wyznaczony przez wykonawcę skweru. (…)

 

Jakie macie biuro?

 

MA: Odpowiednie do naszych obecnych potrzeb. Bazujemy głównie na praktykantach i jeśli mamy jakiś projekt, który tego wymaga, to zatrudniamy dodatkowo jedną lub dwie osoby do pomocy, lub korzystamy z outsourcingu. Co mnie boli – to że nasze uczelnie w ogóle nie przygotowują studentów do konstruktywnych dyskusji i pracy nad koncepcją. Szczególnie widać to po krakowskich studentach, których portfolia są zwykle słabe.

 

Studenci architektury nie potrafią dyskutować?

 

AW: Na studiach nikt ich tego nie nauczył. W polskich szkołach jest tak, że robisz projekt, ktoś przez semestr ci to konsultuje, oddajesz go i potem maszyna wypluwa plansze z oceną – nie wiesz skąd się one wzięły. Na studiach nie nauczysz się bronić projektu, argumentować swoich decyzji, wyborów.

 

MA: To jest szerszy problem. Ciężko jest nam rozwijać pracownię, jeśli nie ma ciągłego dopływu młodych zdolnych i ambitnych współpracowników.

 

AW: Już nie przesadzaj Mateusz. Trafiliśmy parę razy na zdolnych ludzi z Krakowa.

 

MA: Tak, ci którzy już u nas lądują są dobrzy, wybraliśmy ich, ale niestety sama wiesz, jak ciężko jest ich znaleźć.

 

AW: A może masz za duże wymagania od ludzi z trzeciego roku.

 

To wielkie biura wysysają tych najlepszych.

 

MA: Ci najambitniejsi i najzdolniejsi uciekają albo za granicę, albo do Warszawy. A do Krakowa mało kto chce przyjechać. A ciężko nam ściągać kogoś zupełnie spoza Krakowa, bo nie mamy odwagi. To w końcu duża odpowiedzialność, czy nam się uda tę osobę utrzymać tutaj przez pół roku lub dłużej.

 

Narzekasz na krakowski wydział, a sam masz dyplom tej uczelni.

 

MA: Ale ja nigdy nie czułem tej uczelni. Ona nie dawała mi kopa energetycznego, żeby się naprawdę zainteresować architekturą. Jak byłem przez rok na stypendium w Weimarze, to tam zacząłem się bardziej zagłębiać w architekturę. Może to typowa historia, bo wyjazdy zagraniczne zazwyczaj sprzyjają pobudzeniu zainteresowania, dają świeże spojrzenie. Widzisz różnicę prowadzenia zajęć. Masz projektowanie, to ono zaczyna się od tygodniowego wyjazdu studialnego, potem masz co dwa tygodnie przegląd, a na każdy jest zaproszony architekt spoza uczelni, często z innych krajów. To jest całodniowa dyskusja, po czymś takim chce ci się swój projekt kontynuować. To rozbudza ambicje! Potem wyjechałem na praktyki do Holandii i to był kolejny kop energii. Jak wróciłem do Krakowa, to tylko, żeby się obronić, byle ją skończyć. Agata miała podobne doświadczenia.

 

AW: Ale mi w trakcie studiów trafiło się kilku fajnych prowadzących, projektowanie elementarne miałam z Romanem Rutkowskim, Magdą Paryną i Maciejem Chorążakiem. Oni prowadzili taki fakultatywny kurs, koło naukowe „Space Unusual Society”, w którym działałam intensywnie, robiliśmy w nim różne projekty researchowe i brandingowe.

 

MA: Miarą dobrej szkoły jest to, co tworzy się wokół niej. Bo im lepsza uczelnia tym większa szansa, że powstaną dobre młode pracownie. Dobra uczelnia ma stały napływ świeżej krwi, bo przyciąga najlepszych ludzi. W Krakowie jest skostniała atmosfera, nie ma wymiany pokoleniowej. (…)

 

Na koniec zawsze pytam o najważniejsze – czym jest architektura? Macie jakąś wspólną definicję, czy nawet w tej podstawowej kwestii się ścieracie?

 

MA: Często się ścieramy. Lubię atmosferę dyskusji. Uważam, że w biurze bardzo dobrze jest jak są różne osobowości i jest konfrontacja, bo z tego wychodzą najciekawsze rzeczy. To rodzaj stymulowania się do bardziej wytężonej pracy.

 

AW: Często myślimy podobnie, ale na szczęście nie bywamy jednomyślni, mamy różne poglądy, upodobania. Nie kończymy sobie nawzajem zdań ani nie chwalimy nawzajem swoich pomysłów.

 

Ale czym jest architektura?

 

MW: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Architektura już dawno wykroczyła poza te wszystkie utarte definicje.

 

AW: Architektura umarła…

 

MA: Nie, błagam. Tak chyba mówi twój były nauczyciel. Może to właśnie dobry czas, żeby rozmawiać o tym, czym jest architektura, bo brakuje takiej dyskusji. Dla mnie architektura to zdrowa struktura do życia, kawał miasta lub innej przestrzeni, w którym koegzystują ze sobą różni ludzie, z różnych grup społecznych, do tego żyją w symbiozie z przyrodą.

 

AW: Mi najbardziej się podoba, że architektura stała się tak trudno definiowalna, lub wręcz niedefiniowalna. Na pewno nie jest to dla mnie akademicki kanon, że architektura „to gra brył w świetle”, czy jakiś styl dekoracyjny. Architektura to dla mnie relacje, nie tylko przestrzenne, ale i wrażeń, ludzi, emocji.

 

MA: My architekci w Europie jesteśmy obciążeni historią, zawsze się do czego odwołujemy. A tacy młodzi architekci japońscy mają tę przewagę, że się w ogóle nie odnoszą do historii. Tam każdy jest indywidualistą i definiuje poprzez architekturę swoje emocje. W ten sposób odcina się od przeszłości. Dzięki temu japońscy architekci są bardziej abstrakcyjni od europejskich.

 

AW: Ale to wynika z ich filozofii, tak jak mają w Ise świątynię, która jest odbudowywana co 20 lat. U nich historia nie jest zamrożona, ale żywa.

 

MA: My jako Europejczycy jesteśmy zainfekowani tradycją, historią. Ciągle redefiniujemy te same rzeczy, które już były. Ciężko jest wyjść z czymś świeżym, czy nawet przekonać kogoś do czegoś nowego.

 

Wy, w prawie każdym projekcie, próbujecie przekonać do nowego.

 

MA: Coś staramy się przemycać. Gdyby Polacy marzyli więcej, gdyby byli bardziej wyluzowani, a nie tak strasznie poważni, to przestrzeń, nasze środowisko do życia – byłyby lepsze. Bo wszyscy powtarzają utarte wzorce, nie zastanawiają się nad nimi, jakby stracili umiejętność marzenia i bycia indywidualistami. W Polsce wszyscy marzą o tym samym! Nawet jak mają w sobie jakieś marzenia – to boją się je wyrazić na głos. Jakby się nie bali marzyć, to świat wokół byłby ciekawszy. (…)

 

 

 

 

 

BIO | Mateusz Adamczyk – urodzony w Katowicach w 1981 roku. Architekt i urbanista. Studiował na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej oraz na Bauhaus Universitat Weimar. W 2005 odbył praktyki architektoniczne w Holandii. W trakcie praktyk współautor kilku nagrodzonych prac konkursowych. Od 2007 roku współtworzy biuro BudCud. W ramach własnej działalności jest współautorem wielu nagrodzonych i wyróżnionych prac w konkursach architektonicznych i urbanistycznych m.in.: Schindler Award for Architecture 2006, wyróżnienie (praca dyplomowa);  Europan 9, Warszawa, pierwsza nagroda; Europan 11, Leeuwarden, wyróżnienie; Shinkenchiku Residential Competition 2008, wyróżnienie; Konkurs na koncepcje programowo-przestrzenną przebudowy i rozbudowy Domu Kultury Śnieżka na Centrum Sztuki Europa Miast w Dębicy, pierwsza nagroda; Concept of Reservation and Development of Kyiv Islands Competition, finalista; AIT TileAward 2012, pierwsza nagroda. Współautor nagrodzonej drugą nagrodą w konkursie Polskie Wnętrze 2011 realizacji wnętrza butiku FiuFiu w Warszawie (wspólnie z Marcinem Kwietowiczem), ta sama realizacja znalazła się w finale AIT AWARD 2012 Global Award for the very best in Interior and Architecture.

 

BIO | Agata Woźniczka – urodzona we Wrocławiu w 1986 roku. Architekt i urbanista, od 2010 roku wspólnie z Mateuszem Adamczykiem prowadzi pracownię BudCud.  Absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej. Stypendystka E.T.S.A. U.A.H w Madrycie oraz Rady Miasta Wrocławia. Po praktykach w polskich firmach pracowała w kopenhaskim biurze BIG – Bjarke Ingels Group. W holenderskiej edycji konkursu Europan 11 zdobyła wyróżnienie. Finalistka konkursu urbanistycznego Concept of Reservation and Development of Kyiv Islands Competition, półfinalistka konkursu Shelter International Architectural Design Competition for Students 2011. Laureatka głównej nagrody w konkursie AIT Tile Award 2012.

 

 

Wywiad opublikowany został w nr 16 ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – http://www.archsarp.pl/kategoria-produktu/arch

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook