AUTOR ARTYKUŁU
MACIEJ SKAZA
ERNESTYNA SZPAKOWSKA
KU DALEKIEJ PÓŁNOCY
14 maja 2013 | wyślij link
KU DALEKIEJ PÓŁNOCY

(…) Wyruszając w kolejną podróż z cyklu „Śladami architektury” chcieliśmy na własnej skórze poczuć, ile w powietrzu stolicy Danii jest świeżego powiewu współczesnej metropolii, a ile baśniowej i mroźnej atmosfery pałacu Królowej Śniegu.

 

Kopenhaga – strażnica cieśniny Sund – przez niektórych nazywana jest drugim Amsterdamem; inni twierdzą, że nieco na wyrost.. To miasto Hansa Christiana Andersena i Nielsa Bohra, gdzie zamiast znanego nam euro króluje korona, gdzie „ja” znaczy „tak”, a „tak” znaczy „dziękuję”, gdzie najdłuższy dzień w roku trwa 18,5 godziny – od 3:30 do 22:00 (najkrótszy zaś od 8:00 do 15:30).

 

Być może była to jedyna okazja, by zobaczyć jej budowle, począwszy od Hotelu Radisson Sas z 1960 roku zaprojektowanego przez Arne Jacobsena, poprzez wyrastający nad brzegiem biurowiec Nykredit, nową operę i Teatr Królewski, po najnowsze – realizacje BIG, prezentowane przez Kai-Uwe Bergmanna w styczniu w Krakowie.

 

(…) Na każdym kroku mogliśmy przekonać się, że miasto opanowane jest przez tysiące rowerzystów, a w niedzielę niemalże nie wyjechaliśmy w podróż powrotną, gdy kilkanaście tysięcy biegaczy wystartowało w ramach corocznego maratonu. Niektórym dane było spróbować røde pølser (smażonych kiełbasek) z ulicznych pølsevogn. Innym śledzi spod Bornholmu i smørrebrød (miejscowych kanapek na żytnim chlebie, uznawanych za przysmak i jednocześnie – niejednokrotnie artystyczną kompozycję), a ci odważniejsi zdecydowali się na leverpostej (pastę z wątroby, słoniny i cebuli). To wszystko można było popić wodą prosto z kranu, z czystości której Duńczycy są wielce dumni, Carlsbergiem, Tuborgiem lub czymś mocniejszym – podejrzanym ziemniaczano-ziołowym Akvavit-em, którego barwa i smak różniły się znacznie w zależności od miejsca, gdzie się go zamawiało.

 

Zgodnie z wieloma opiniami i badaniami statystycznymi Kopenhaga jest jednym z najlepszych europejskich miast „do życia”. Jest też miejscem jedynym w swoim rodzaju pod względem dbałości o jakość przestrzeni publicznych, chociaż jeszcze pięćdziesiąt lat temu senna, pozbawiona życia w sferze publicznej sceneria „Gangu Olsena”, zdawała się przeistaczać raczej w wielki węzeł arterii komunikacyjnych, poprzecinanych zabudową (a nie odwrotnie). Rozpoczęty w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku proces zastępowania ruchu kołowego w centrum miasta pieszym i rowerowym, skutkował gruntowną zmianą stylu życia mieszkańców (przeniesieniem go w przestrzeń publiczną) i przemianami środowiska. Dziś każdy kopenhaski zespół mieszkaniowy jest kompozycją budynków, zieleni i wody, a nad nią miejsc do siedzenia, jeżdżenia, zabawy i cumowania jachtu. Między zabudowę wprowadzane są kanały z siedziskami na obrzeżach, trawiaste pagórki, stereometryczne formy – sprzęty sportowe, baseny pływackie na Sundzie. Formy współczesnej zabudowy podporządkowywane są także kulturze tworzenia estetycznej i funkcjonalnej przestrzeni. Budynki wielorodzinne kształtowane są niczym zespoły domów jednorodzinnych. Otwarcia i pojawiające się w kolejnych kadrach wertykalne elementy tworzą punkty widokowe, przejścia – bramy, pasaże wprowadzające przestrzeń publiczną do wnętrz, a nawet na dachy obiektów (na dach 8 Tallet można wjechać na rowerze). Lecz to nie koniec przemian – pięćdziesiąt lat po uwolnieniu przestrzeni miasta dla pieszych, uwaga planistów zwróciła się w kierunku jeszcze szerszego udostępnienia jej użytkownikom, czego mogliśmy doświadczyć w trakcie naszego pobytu. Projekt Superkilen BIG i Topotek 1 (w trakcie realizacji) składa się z „czerwonego” i „czarnego” placu, mających ożywić dzielnicę Nørrebro – przestrzeni w zdecydowanych kolorach, z charakterystycznymi rysunkami na posadzkach i barwnymi elementami. Ich materiały i barwa mają być, wedle autorskiej idei, neutralne w stosunku do kultury, narodowości i języka. (…)

 

W trakcie podróży przez miasto kolejne widoki przywoływały w myślach obrazy miejsc z pamięci – tych bliskich i tych dalekich. Zabytkowe spichlerze nad brzegiem kanału, charakterem architektury przypominały nabrzeża Gdańska, wieczorny spacer przez centrum miasta przywrócił wspomnienia z niedawnego wyjazdu do Pragi (tylko turystów było mniej), a droga pomiędzy kanałami w dzielnicy mieszkaniowej Sluseholmen zdawała się przenosić nas wprost do Holandii (dokąd wybieramy się w przyszłym roku).

 

Pomimo pewnych wizualnych skojarzeń, pomiędzy Danią, a znaną nam Europą Środkową wyraźnie wyczuwalne były kulturowe odmienności, których chyba ani my, ani kopenhascy Duńczycy nie do końca rozumiemy. Należą do nich wielkie okna pozbawione firanek, przez które z ulicy obserwować można całe wnętrza mieszkań i nieogrodzone ogrody, których meble wręcz zapraszają do siadania, a zjeżdżalnie i dziecięce rowerki – do jeżdżenia, podczas kiedy samo polskie słowo „ogród” zdaje się być powiązane jest ze stawianiem granic. Brak barier i zabezpieczeń widać na każdym kroku. W sklepach towary na półkach rozmieszczane są w przejściu, rowery zaparkowane bez zabezpieczenia na ulicach, w opustoszałych przestrzeniach biurowców z sufitów zwisają gigantyczne szkielety dinozaurów, a na podłodze stoją olbrzymie szachy. Nikt niczego nie pilnuje, nikt nigdzie się nie spieszy, nikt się nie stresuje. Obsługa w restauracjach trwa wieki, a absolutny brak jedzenia w kuchni i sterty brudnych naczyń na stolikach nie są w stanie zepsuć humoru personelu. Pełny luz. Brak zasłon? O co może nam chodzić w pytaniu?! Duńczycy w ogóle nie rozumieją, czemu się dziwimy. A i nam udzieliła się atmosfera relaksu w promieniach słońca i nad brzegiem wody…

 

Wszystkich zachwyciła pustka wnętrza Kościoła Gruntviga. Atmosferę sacrum budowały w ciszy ściany i sklepienia z bladożółtej cegły, wydobyte z przestrzeni światłem i cieniem w nakładających się na siebie kolejnych planach. Chwilę zadumy, być może nie tylko nad tym co tu i teraz, wywołał chwilę później spacer wokół Krematorium Bispebjerg i otaczającego je przestronnego cmentarza, który bardziej przypominał park, niż „zatłoczone” Rakowice.

 

A my mieliśmy okazję cieszyć się życiem, po raz pierwszy „śladami architektury” mieszkając w obiekcie, który mieliśmy wpisany w program wycieczki. Już dwie pierwsze godziny w pokoju hotelu Bella Sky sprawiły, że Kopenhaga była warta spędzenia nocy w autokarze i wygórowanych cen. Dwie hotelowe wieże, odchylone od siebie, z trójkątnymi przeszkleniami od podłogi do sufitu, zieloną ścianą roślin w foyer, łazienkami z drewna i szkła, designerskimi meblami – to marzenie każdego architekta-podróżnika.

 

Na każdym kroku chłonęliśmy duński design w każdej, wszechobecnej postaci. Bo czy świat mógłby istnieć bez Arne Jacobsena, czy Finna Juhla? Bez wątpienia nie! Nawet wieczorem można było w hotelowym sklepie dostrzec jednego z uczestników wyjazdu pochylającego się pieczołowicie i z namaszczeniem nad dzbankiem do kawy…

 

Pewnie nie będzie nam nigdy dane zrozumieć fenomenu „państwa” znanego od 1971 roku jako „Christiana”. Niezależne wizyty kolejnych podróżników „oddzielnie albo w parach, spacerując tam i z powrotem na zewnątrz muru” wywoływały na twarzach lekki ślad uśmiechu i zadumę.

 

Podróżując po Kopenhadze autobusem, pieszo, rowerami, czy tramwajem wodnym musieliśmy godzić zachłanną chęć oglądnięcia wszystkiego z możliwością zatrzymania się choć na chwilę, by poczuć atmosferę miasta. Niezmiennie celem naszej wyprawy była, jest i będzie architektura – ta historyczna, ale nade wszystko ta nowoczesna… Czy udało się nam wszystko zobaczyć? Niestety nie; nie udało się dotrzeć do nowego skrzydła muzeum Ordrupgaard (Zahy Hadid), wybiegu dla słoni (Normana Fostera), ani wież LM Stevena Holla (te ostatnie po prostu nie zostały jeszcze zbudowane). Czy w kopenhaskich budowlach można odkryć ducha duńskiej architektury, o której z taką pasją opowiadali nam profesorowie uczestniczący w wyjeździe? Czy są poukładane jak klocki LEGO? Statystycznie na każdego mieszkańca ziemi przypada po 62 takie klocki; każdy by chciał mieć, ale nikt nie pamięta skąd pochodzą – ogólnoświatowy wielokulturowy tygiel. A nazwa klocków mówi sama za siebie – pochodzi ponoć od duńskich słów LEg GOdt, które znaczą: baw się dobrze! I tak też odnosiliśmy się do oglądanej architektury – dobrze się bawiąc chłonęliśmy każdą z kolejnych pozycji na liście zwiedzania, każdą linię, kształt, każdy detal… Być może nie tylko w nas, ale we wszystkich uczestnikach wyjazdu pozostał niedosyt i chęć powrotu – kiedyś indziej, kiedyś później… I być może, tym kolejnym razem, jeden z pasażerów nie zgubi się na promie, autokar wróci z obydwoma lusterkami, a żaden z uczestników wyjazdu nie będzie usiłował iść na spacer z pacjentem ośrodka zamkniętego…

 

 

FOTO: MACIEJ SKAZA, MARIUSZ TWARDOWSKI

 

 

Artykuł opublikowany został w nr 13 ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – kontakt: archiwum(at)archsarp.pl

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook