AUTOR ARTYKUŁU

TOMASZ MALKOWSKI

MARCIN SZCZELINA
ROZMOWA Z RAINEREM MAHLAMÄKIM, AUTOREM BUDYNKU MUZEUM HISTORII ŻYDÓW POLSKICH W WARSZAWIE
6 maja 2013 | wyślij link
ROZMOWA Z RAINEREM MAHLAMÄKIM,  AUTOREM BUDYNKU MUZEUM HISTORII ŻYDÓW POLSKICH W WARSZAWIE

Chciałem stworzyć piękną przestrzeń, piękno w znaczeniu klasycznym. Warszawskie muzeum to nie jest muzeum Holokaustu, a moja architektura nie ma wzbudzać grozy – mówi Rainer Mahlamäki w wywiadzie udzielonym specjalnie dla ARCH-u

 

 

Tomasz Malkowski i Marcin Szczelina: Postawił Pan na mocny koncept – hol Muzeum Historii Żydów Polskich to pęknięcie biegnące przez całą bryłę, które przypomina rozstąpienie Morza Czerwonego przed uciekającymi Izraelitami prowadzonymi przez Mojżesza. Dlaczego z bogatej historii judaizmu wybrał Pan akurat ten epizod?

 

Jeśli chce się wygrać międzynarodowy konkurs, w którym bierze udział wiele osobowości ze świata architektury, jak na przykład Daniel Libeskind, David Chipperfield lub Kengo Kuma, to trzeba zaproponować coś niezwykłego. Przewidywaliśmy się, że ten temat, przy tak mocnych zespołach zaowocuje całą masą niestandardowych projektów – aby skutecznie konkurować z innymi, nie wystarczyło stworzyć ładny budynek czy dobrze rozplanować funkcję, trzeba było zaproponować coś więcej. Niestety w konkursach zawsze występuje presja czasu, mieliśmy tylko dwa miesiące na opracowanie koncepcji. Na dwa tygodnie przed upływem terminu nasz projekt miał już dobrą organizację funkcji, prostą bryłę zewnętrzną, byłem zadowolony z tego, jakby mógł działać, ale dalej brakowało mi architektury. Wtedy, pewnego ranka – przyszedłem do biura i postanowiłem, że hol biegnący przez cały budynek będzie miał miękkie ściany, postanowiłem uwolnić jego geometrię. Od tego momentu ukończenie koncepcji poszło jak z płatka.

 

 

Czyli punktem wyjścia projektu nie była wcale historia z rozstąpieniem morza?

 

To było równoległe, bo gdy zaczęliśmy pracować w kierunku miękkiego kształtowania holu, to od razu wpadliśmy na skojarzenie z ucieczką z niewoli egipskiej przez Morze Czerwone. Wtedy nasz projekt nazwaliśmy z hebrajskiego „Yam Suf”, co znaczy „rozstąpienie morza”. Być może było to odrobinę naiwne, że przy takim temacie nawiązaliśmy akurat do historii Mojżesza, ale ta opowieść stanowiła dla nas racjonalną przesłankę dla całej architektury. Choć oczywiście zdarzają się tacy, którzy widzą w naszym projekcie nawiązanie do Wielkiego Kanionu w USA, albo do kanionów z terenu Izraela. Nie mam nic przeciwko temu, że budynek tworzy własne historie, jest interpretowany przez ludzi na różne sposoby. Przecież nie będę przed nim stał i opowiadał o swoim pomyśle. (…)

 

 

Można wyczuć, że dziś podchodzi Pan z pewną rezerwą do samej idei.

 

Jak mówiłem, koncepcja muzeum powstała w dwa miesiące, a nad budynkiem pracowaliśmy przez ostatnie 8 lat! Dla mnie ta historia była potrzebna bardziej, żeby ten projekt „sprzedać”. Nie jestem typem architekta jak Daniel Libeskind, który „tłumaczy” swoją architekturę, przykładowo dla berlińskiego muzeum stworzył całą masą anagramów, alegorii. Jego projekt berlińskiego muzeum zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale później odkryłem tę historię o anagramach. Chciałbym, żeby w naszym budynku historia była ZA architekturą, w jej tle. Dobra architektura przypomina dobry wiersz albo książkę, które można odczytywać na wiele sposobów. Muzeum można odbierać bardzo dosłownie, na poziomie konkretnej historii, albo nie znając jej – na poziomie czystej abstrakcji.

 

 

Najbardziej efektowna część budynku, czyli hol, ma bardzo ciepłą barwę. Nie kusiło Pana zrobienie surowej przestrzeni z betonu, wzorem Muzeum Żydowskiego w Berlinie projektu Libeskinda?

 

My też zastosowaliśmy beton, ale ocieplony, bo zmieszany z kruszywem wapiennym. Już na etapie koncepcji konkursowej w 2005 roku chciałem, żeby ta część miała barwę piasku. Był moment, kiedy zastanawiałem się nad użyciem czystego betonu, ale doszedłem do wniosku, że na świecie jest już wystarczająco dużo muzeów lub budynków poświęconych historii Żydów zbudowanych z betonu. Stało się to wręcz architektonicznym stereotypem, że gdy mamy historię Żydów, to musi być surowy beton. Tylko, że ten materiał kojarzy się zbyt jednoznacznie z Holokaustem, obozami śmierci. A trzeba zrozumieć i pamiętać, że warszawskie muzeum nie będzie jedynie pokazywać tych tragicznych kart żydowskiej historii – ono ma przedstawiać tysiącletnią historię polskich Żydów. Gdy pokazałem na wykładzie ten budynek i tłumaczyłem, że chciałem po prostu stworzyć piękną przestrzeń, piękno w znaczeniu klasycznym,  z sali padły zarzuty, że to nieodpowiednie do tego tematu. Więc powtarzam – to nie jest muzeum Holokaustu, a moja architektura nie ma wzbudzać grozy.

 

 

Hol był największym wyzwaniem technicznym projektu i realizacji?

 

Pierwszym i największym problemem było to, że gdy składaliśmy konkurs, stworzyłem własnoręcznie krzywizny holu – piętro po piętrze kreśliłem je na papierze, następnie nasz zespół łączył kontury kondygnacji w trzecim wymiarze – i tak powstały te dwie wygięte ściany. Czyli na etapie koncepcji był to po prostu rysunek, dość ogólny. Po wygranej musieliśmy stworzyć niezwykle precyzyjny model tych ścian. A że zawsze dążymy do szczerości – nie miały to być dekoracyjne ściany maskujące podwieszone do jakiejś konstrukcji wsporczej – one same miały stanowić rdzeń konstrukcyjny obiektu. To falujące ściany nośne, które były znacznie oddalone od następnych kolumn czy nośnych przegród. Stworzenie dla nich modelu statycznego było nie lada wyzwaniem. W naszym biurze w Helsinkach architekt Markus Wikar wykonał olbrzymią pracę przy tworzeniu programów obsługujących ten projekt. Musieliśmy opracować własny program modelujący, korzystaliśmy z doświadczeń innych biur, kontaktowaliśmy się m.in. z pracowniami Zahy Hadid czy Franka Gehry’ego. (…)

 

 

Oprócz radości z wygranej konkursu na warszawskie muzeum nie było też obaw, że teraz trzeba zrealizować trudny koncept i to w obcym kraju? To przecież pierwsza realizacja Waszego biura poza Finlandią.

 

Oczywiście pierwszą rzeczą, jaką musieliśmy zrobić zaraz po wygranej, to zacząć szukać stabilnego, niezawodnego partnera w Polsce i to w perspektywie długoterminowej współpracy. Padło na pracownię Kuryłowicz & Associates, z którą wspólnie uformowaliśmy zespół projektowy jeszcze w 2005 roku, kilka miesięcy po konkursie. (…) Stefan był obdarzony niesamowitym szacunkiem, jak chyba żaden inny architekt w Polsce. Również pracujący w tym biurze Paweł Grodzicki – wcześniej i Marcin Ferenc – później włożyli wiele wysiłków w nadzorowanie codziennych operacji. Dla nas to było ważne, by otrzymać od niego, jeśli to konieczne, niezbędne wsparcie – jako mediatora z władzami albo z naszym klientem. W takich międzynarodowych projektach, jak ten – architekt pochodzący z zagranicy zazwyczaj tworzy tak zwaną koncepcję, natomiast partner lokalny zajmuje się codziennymi czynnościami i pracami związanymi z wykonaniem projektu. My pracowaliśmy od początku do końca tego procesu razem, wprowadzając wspólnie różne poprawki do projektu. (…)

 

 

Jak patrzy Pan na Polskę teraz – po tych 8 latach intensywnej pracy nad muzeum?

 

Gdy myślę o Polsce, widzę bardzo dynamiczny kraj, w ciągłym ruchu, ferworze. To chyba najtrafniejsze sformułowanie, bo Polska stale się rozwija – na tle innych krajów Europy jesteście wyjątkowo ciekawi. W ciągu ostatnich lat doświadczyłem tego, jak wiele energii potrafi dostarczyć mi kontakt z waszym krajem i ludźmi stąd. Bardzo lubiłem odbywać dyskusje z lokalnymi architektami, projektantami. No i oczywiście pojawia się też w Polsce coraz więcej dobrych przykładów architektury współczesnej. (…)

 

 

Jak duże znaczenie miała wystawa w projekcie muzeum?

 

Jedno z najistotniejszych, bo trzeba pamiętać, że od początku projektowaliśmy budynek pod wystawę, a nie odwrotnie. To sprawia, że projekt ten jest tak wyjątkowy. Normalnie prace wykonywane są w odwrotnym kierunku: najpierw projektuje się budynek, a potem wystawę.  Jeszcze na etapie konkursu wszyscy jego uczestnicy otrzymali główne zadanie – dostosowania architektury i porządku funkcjonalnego budynku do potrzeb ekspozycji głównej, która była już zaplanowana. Ważnym czynnikiem było również, by ludzie, którzy przyjdą do muzeum po raz pierwszy, zobaczyli jego logiczną przestrzeń i potrafili się w niej poruszać. Naszą przemyślaną ideą było umieszczenie wystawy głównej na niższym piętrze, tym samym lokalizując wszystkie wejścia i hol główny nad nią. (…)

 

 

Muzeum Historii Żydów Polskich to jeden z najbardziej oczekiwanych budynków w Polsce od lat. Nie czuł Pan presji, że Polacy liczą na powstanie ikony, co najmniej tej miary co muzeum Guggenheima i na powtórzenie „efektu Bilbao” w Warszawie?

 

Z cierpliwością i pokorą czekam na to, co się stanie z muzeum, jak będzie odbierane przez ludzi. Oczywiście byłoby to dla mnie wielką przyjemnością, gdyby budynek stał się ikoną Warszawy. Jednym z zamierzeń Ministerstwa Kultury i władz miasta, a szczególnie dyrekcji muzeum było wykreowanie budynku-ikony, słyszałem też parę razy sformułowanie „efekt Bilbao”, ale nie czułem presji, że muszę na siłę stworzyć spektakularną architekturę. Robiliśmy swój projekt w zgodzie z sobą, nie pod publikę. Rzecz jasna chcieliśmy, żeby to muzeum, o tak wyjątkowym temacie, wyróżniało się na tle innych współczesnych muzeów. Myślę, że ten budynek będzie miał duże znaczenie dla Warszawy i dla Polski. Szczególnie, że przyciągnie sporo turystów, a według ostrożnych szacunków może mieć nawet pół miliona odwiedzających rocznie. Pewnie i w tym przypadku zadziała zasada, że w pierwszych dwóch latach swojej działalności muzeum będzie chętniej odwiedzane, jeśli sam budynek wyda się ludziom interesujący. Ale potem muzeum musi przyciągać turystów swoją treścią, czyli ciekawą wystawą. Architektura będzie magnesem już tylko dla nielicznych.

 

 

FOTO: ALEKSI POUTANEN

 

 

Całość wywiadu oraz obszerny materiał poświęcony budynkowi Muzeum Historii Żydów Polskich w numerze 17 ARCH w sprzedaży w salonach EMPiK i wybranych księgarniach.

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook