AUTOR ARTYKUŁU

KONRAD KUCZA-KUCZYŃSKI
MIEJSCE PRZED PAŁACEM
9 kwietnia 2013 | wyślij link
MIEJSCE PRZED PAŁACEM

Na Krakowskim Przedmieściu nie może stanąć kolejny pomnik. Warto natomiast dyskutować o miejscu pamięci – nienaruszającym elementów założenia przestrzennego jednej z najpiękniejszych ulic Europy.

 

 

Zawodowcom (architektom i rzeźbiarzom) trudno powstrzymywać się od zabierania głosu na główny temat publicystyczny ostatnich miesięcy. Również ja, już na początku ryzykownej i nieprofesjonalnej na ogół dyskusji o pomniku ofiar katastrofy smoleńskiej, powiedziałem „Gazecie Wyborczej”, że założenie Pałacu Radziwiłłów (Namiestnikowskiego), traktowane jako istotny element założenia Krakowskiego Przedmieścia, jest skończoną kompozycją przestrzenną. Nie może być więc mowy o dodaniu tam nowego elementu.

 

 

Gordyjski węzeł

Piotr Kosiewski pisał w „TP” nr 35/10 , że „powinno powstać miejsce przed Pałacem”, pytając jednak, czy to ma być pomnik prezydenta i czy ma stanąć koniecznie tu? W dyskusji zabrali także głos profesjonaliści. Pierwszy był Czesław Bielecki – autor projektu kwatery „Żywiciela” na Powązkach (cenię go za to wzruszające surowością dzieło) oraz ekspresyjnego Radegasta w Łodzi, który potwierdził jego sprawność w tworzeniu przestrzeni monumentalnej. Maksymilian Biskupski jest natomiast twórcą jednego z najlepszych (narażam się krytykom sztuki) warszawskich pomników, jakim jest dla mnie wagon z krzyżami: Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie.

 

 

Obaj przedstawili swoje autorskie wizje rozwiązania gordyjskiego węzła. Bielecki wskazał miejsce, wspominając tylko o czymś na kształt obelisku: obok osi Pałacu, na charakterystycznym przegięciu zarysu Krakowskiego Przedmieścia. Jego zdaniem uczytelni to pomnik, widoczny dzięki temu z obu kierunków tej najpiękniejszej ulicy Europy. Biskupski, na zlecenie – jak mówił w wywiadach – części rodzin ofiar katastrofy, zaproponował obelisk oblepiony 96 dłońmi: ulubionym ostatnio jego motywem pomnikowym (takie dłonie dodał trochę samowolnie – choć zyskując ostatecznie akceptację nas jako autorów – podczas zleconego mu odlania w brązie Pomnika Ewakuacji Bojowników Getta na Prostej). Nie podał wprawdzie dokładnej lokalizacji, ale w domyśle chodzi o przestrzeń przed Pałacem, czyli zgodnie z oczekiwaniami grupy ludzi koczujących na chodnikach Krakowskiego Przedmieścia. Obydwa pomysły oczywiście zdecydowanie ingerują w skończone założenie przestrzenne. Czyli są – obok mojego widzenia tego cennego miejsca i wbrew powszechnym poglądom konserwatorskim.

 

 

Czy nie ma tu jednak pewnego błędu w nazywaniu problemu? Współczesne widzenie architektury i rzeźby monumentalnej operuje pojęciami tak pomnika, jak i szerszego chyba określenia: miejsca pamięci. Nie są one ostre naukowo, ale chyba zrozumiałe. W większości wypowiedzi na temat „pomnika” odczuwa się tradycyjną wizję skali przestrzennej: kilku – czy kilkunastometrowej, cokołu, obelisku, postaci „na koniu” lub „bez konia”. Wszystkie takie rozwiązania oczywiście będą w kolizji z poszanowaniem doskonałej jakości przestrzeni Krakowskiego Przedmieścia. Być może w kierunku innego myślenia idzie zaprezentowana ostatnio propozycja młodych architektów warszawskich, Tomasza Pisarskiego z pracownią FESTGRUPA, z trudną w odbiorze symboliką leżącego krzyża, osiowo przed Pałacem.

 

 

Bez cokołu

Problemy pogodzenia nowego i starego występowały w świecie wielokrotnie i były rozwiązywane, w większości w drodze otwartego konkursu. Były to jednak zadania stworzenia w danej lokalizacji właśnie „miejsca” pamięci, a niekoniecznie tradycyjnego „pomnika”. Skrajnym przykładem jest tu Pomnik (jednak!) Spalonej Książki na placu Augusta Bebla (Opery) w Berlinie, autorstwa izraelskiego rzeźbiarza Michy Ullmana, w miejscu palenia przez nazistów książek w 1933 r. Jest to jedynie widoczna w płaszczyźnie posadzki chronionego konserwatorsko placu, bezpieczna dla ruchu pieszego szyba 1 m x 1 m, przez którą oglądamy pomieszczenie pod nią, z białymi, symbolicznie pustymi regałami: bez książek. Miejsce to robi dramatyczne wrażenie, szczególnie, gdy na szybie leżą często przynoszone kwiaty.

 

 

Podobnym zadaniem był Pomnik Weteranów Wietnamu z 1982 r.: na równie chronionej i monumentalnej przez płaskość zieleni przestrzeni waszyngtońskiego National Mall. Autorka – Amerykanka chińskiego pochodzenia Maya Ling Lin, rampą zeszła poniżej poziomu terenu wzdłuż ściany z polerowanego czarnego granitu, z  wyrytymi w nim ponad 58 tysiącami nazwisk poległych – stąd nazwa: Memorial Wall. Dopóki sam nie przeżyłem „innego” monumentalizmu tego miejsca, nie chciałem wierzyć w moc jego oddziaływania.

 

 

Rozwiązaniem podobnego zadania jest pomnik Resistance, umieszczony jeszcze w latach 70tych w chronionej strefie obok Notre-Dame na paryskiej Île-de-la-Cité: zagłębiony poniżej terenu, bez ingerencji w unikalne piękno katedry i pejzaż nabrzeży, ale równie przemawiający betonowymi ścianami zamkniętymi sklepieniem nieba. Albo zejście rampą w dół, w znakomitym rozwiązaniu miejsca pamięci po obozie zagłady w Bełżcu – czyż nie jest pokorą wobec dramatu tego miejsca i nawet wobec ściany zieleni lasu: świadka Zagłady.

 

 

Czyli jednak można pogodzić rozwiązanie „miejsca pamięci” z wymaganiami każdej chronionej przestrzeni – i to nie tylko chronionej administracyjnie, konserwatorsko, ale także autentycznie, przez zwyczajowe, potwierdzone estetycznie odczucia cywilizowanego człowieka.

 

 

Inne dobro

Dariusz Gawin w „TP” nr 35/10 pisał: „historia się nie skończyła (…) będzie dodawała do Krakowskiego Przedmieścia kolejne »pomniki«”. Mój głos w dyskusji zakłada, jak widać, sytuację, wobec której wielu Polaków bez wątpienia będzie przeciw: ‘pomnik’ – rozumiany potocznie jako duży element przestrzenny – nie może tu stanąć. Gdyby zaś rzeczywiście miało się okazać, że pamięć o smoleńskiej katastrofie powinna się wiązać z tym fragmentem stolicy, to nadrzędnym nakazem staje się bezwzględne założenie zrealizowania miejsca pamięci, ale bez naruszenia widocznych przestrzennie elementów założenia całości Krakowskiego Przedmieścia, w tym Pałacu – unikalnej ulicy, o charakterze dobra ogólnonarodowego.

 

Jak widać z przywołanych przykładów, jest to możliwe przestrzennie, a w następstwie – akceptowalne mentalnie. Trzeba tylko pewnego wysiłku zmiany tradycyjnego widzenia. Wbrew profesjonalnemu odruchowi obrony zastanego piękna – trzeba mieć nadzieję, że jest to jakieś inne dobro.

 

 

Tekst (za zgodą Autora) jest przedrukiem z Tygodnika Powszechnego z 14.09.2010

 

 

Artykuł opublikowany został w 3 numerze ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – kontakt: archiwum(at)archsarp.pl

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook