AUTOR ARTYKUŁU
MARTA A. URBAŃSKA
MOCAK, CO I JAK DALEJ?
4 kwietnia 2013 | wyślij link
MOCAK, CO I JAK DALEJ?

Oficjalne otwarcie Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie, zwanego z angielska (dlaczego? spytałby niechybnie pan Mikołaj Rej z Nagłowic) słowem MOCAK – z powodów piszącej te słowa nieznanych, a dla jej polsko-angielskiego ucha brzmiącego  co najmniej grubo,  w obu rodzimych językach – sprowokowało mnie do skreślenia kilku słów polemiki dotyczącej jego architektury. O nazwie jeszcze na koniec. Tymczasem pozwolę sobie zastrzec od razu – polemika tyczy nie pięknej architektury, jaka wygrała konkurs, została zrealizowana i zaprezentowana w listopadzie 2010, a była autorstwa włoskiego biura Claudio Nardi (przy udziale polskich architektów, w tym zwłaszcza prowadzącej na miejscu projekt pani Ingi Olszańskiej). Rzecz o wersji, która ukazała się oczom pełnej oczekiwań i tłumnie zebranej publiczności w pół roku później, w maju 2011.

 

Przedmiotem zdumienia zmieszanego wręcz z przerażeniem, w jakie wpadłam w trakcie dwukrotnego zwiedzania nowego przybytku sztuki współczesnej, czy raczej I beg your pardon, new cradle of contemporary art, 19 i 21 maja, nie są absolutnie. Bezdyskusyjnie świetna, choć trudna, lokalizacja na Zabłociu; istota instytucji; jej niewątpliwa potrzeba; a nawet nie powstająca kolekcja sztuki czy pierwsza wystawa. Ich oceny dokonają odwiedzający muzeum (oby licznie!) zainteresowani obywatele, historycy sztuki, kuratorzy, artyści. Jako architekt nie śmiem oceniać planów i zamiarów kompetentnej dyrekcji co do funkcjonowania instytucji, czy oczekiwań luminarzy, przytaczanych przez „Gazetę Wyborczą” w dodatku z dnia 14 maja br. Zaciekawił mnie, przyznam jednak, podnoszony aspekt gastronomiczny przyjazności muzeum, aby „osoby pilnujące eksponatów […] nie wyrzucały z galerii matek karmiących dzieci”, czy też by „zjeść kanapkę wegetariańską”. Z pewnością, jak czytamy, będzie można skorzystać z postulowanej ekologicznej diety w „kreatywnej kawiarni” i „galerio-księgarni”. Zresztą, już w trakcie otwarcia podawano tam z wiklinowych koszy pyszne, sążniste buły z jajem (tu pan Rej zachwyciłby się z pewnością!), zatem dobry początek został zrobiony. Świetnie zaprojektowany i wyposażony bar działał też doskonale, ku mej radości. Matki karmiące w galerii nie rzuciły mi się w oczy – zapewne dlatego, że jak przytłaczająca większość gości otwarcia, spędziłam większość czasu na dziedzińcu muzeum.

 

Powód, dla którego tak się stało w moim przypadku, był prosty i zupełnie przygnębiający. W trakcie zaledwie sześciu miesięcy, od czasu oddania użytkownikom ukończonego kompleksu muzeum, w niezwykle inteligentnie zaadaptowanych przedwojennych halach dawnej fabryki „Emalia”, architektura autorstwa Claudio Nardi z zespołem została zmieniona. Niestety, proszę wybaczyć – spostponowana. Zupełnej zmianie uległ charakter prześwietlonych słońcem, dostępnych wizualnie hal i zarazem istota projektu, jak powiedziałby Mies van der Rohe. Istota ma tu związek z powierzchownością, a nawet od niej zależy.

 

Światło przenikające do przestrzeni parteru muzeum przez typowe, przemysłowe dachy szedowe, istniejące w starej fabryce, a inspirujące architekta, i wnikające niżej, przez przeszklenia w posadzce, było w projekcie stosownie kontrolowane. Docierało tam, gdzie trzeba, i w ilości, jaka była potrzebna. Kontrast przestrzeni naturalnie prześwietlonych, dobrze eksponowanych i ciemnych, zamkniętych boxes, umieszczonych w głębi planu i na kondygnacji podziemnej, był ideą i wielką zaletą projektu. Podobnie jak ekspozycja ceglanej ściany przedwojennej fabryki – jako śladu historii, za przejrzystym szkłem modernistycznej ściany zbudowanej przez Nardiego, a stojącej równolegle do budynku administracyjnego od strony ulicy Lipowej. Ten świetny, bauhausowski w duchu obiekt, dodany został na zamówienie Oskara Schindlera po roku 1940, a zaadaptowany znakomicie, i to w bardzo trudnych warunkach, na oddział Muzeum Historii m. Krakowa, przez Jerzego Wowczaka i jego biuro APA. (Koegzystencja dwóch muzeów w tym samym de facto zespole, choć z osobnymi wejściami i meandry ich realizacji, to temat na esej sam w sobie!)

 

Gesty architektoniczne włoskiego zespołu były piękne, proste, czytelne, oszczędne a poetyckie. Tak przynajmniej, jak sądzę, uważało też jury konkursu, w którym znajdował się oczywiście przedstawiciel Inwestora i Muzeum, przyznając Nardiemu pierwszą nagrodę! Tak też sądzili ci, którzy skorzystali z okazji zwiedzenia architektury w stanie czystym, po jej odbiorze późną jesienią 2010. Mimo listopadowego, bardzo niskiego słońca, architektura wspaniale grała w świetle, wedle słynnej definicji Le Corbusiera. Stan z listopada  dokumentują idealne zdjęcia autorstwa p. Rafała Sosina, dystrybuowane przez Muzeum szeroko w materiałach prasowych z okazji ówczesnego (przed)otwarcia. Były powody do dumy: bezpretensjonalna, skromna, oszczędna, lecz otwarta, harmonijna i optymistyczna architektura, pomimo ponurej, wojennej i poprzemysłowej konotacji miejsca.

 

Tymczasem, w wysokim wiosennym słońcu, jawi się zupełnie inny widok. Wprowadzono blendy w szedach, zaślepiając okna połaciowe i ponurą czarną folię na kurtynowej frontowej ścianie. Inne jej fragmenty oklejone zostały kolorowymi, przypadkowo skomponowanymi z architekturą fotografiami, półtransparentnymi, lecz skutecznie zaciemniającymi i ekspresję architektury i widok historycznego muru. We wnętrzu – wprowadzono tu i ówdzie ścianki działowe, stawiając je akurat na szklanej podłodze. Zmiany, jak wieść niesie, wprowadzał już inny architekt, bez uzgodnienia z oryginalnym autorem, Claudio Nardim. Jak wieść niesie dalej, autor protestował na piśmie, także w korespondencji z Wiceprezydentem m. Krakowa, odpowiedzialnym za inwestycje… słysząc w odpowiedzi, że zmiany są tymczasowe. Być może, lecz nieuzgodnione, za to zmieniające wyraz architektury, kompletnie wbrew intencjom jej autorów! Równie ponure jak zaciemnione wnętrza i elewacje muzeum w ich obecnym stanie, jest dla mnie elementarne niezrozumienie istoty architektury, znaczenia jej idei przyjętej w konkursie i realizacji i podstawowych praw autora, artysty-architekta.  Smutny paradoks: dedykowanej sobie architektury, zarazem najstarszej i najbliższej wszystkim sztuki stosowanej, nie pojmuje najwyraźniej instytucja, która z definicji ma propagować sztukę… i której „misją jest przybliżenie kultury współczesnej” (p. dyr. Potocka).

 

I na koniec, powróćmy do kwestii nazwy, abstrahując już od obcego raczej wysokiej polszczyźnie, nieco ludowego brzmienia – ach, niech i tak będzie. Sytuacja angielskojęzyczna jest jednak bardzo zagadkowa. Nazwa światowa, wielu z kulturą współczesną, a nawet najwspółcześniejszą, hipsterską, obeznanych rodowitych Brytyjczyków – śmieszy, tumani, przestrasza, by rzec tym razem Mickiewiczem. MOCAK, to dla Brytyjczyka w wymowie i pisowni tyle, co mo’cack. Znaczy to more shit albo more nonsense; w wolnym (proszę wybaczyć) tłumaczeniu, kupa bzdur. By nie rzec gorzej. Jak wiemy, z prawdziwym żalem stwierdzić trzeba, że z tym (czy tą) dość powszechnie sztuka współczesna się kojarzy (zresztą czasem nie zupełnie bezpodstawnie, jako że cack i pokrewne figurują przecież w klasycznych dziełach Manzoniego czy Serrano). Dość powszechnie, i zupełnie wbrew intencjom tych, którzy sztukę współczesną w dobrej wierze tworzą i propagują, wierząc w jej kulturową rangę i przesłanie. Czy to zatem autoironia, podobnie jak zaciemnienie architektury wbrew intencjom jej autorów, aby, jak pisze pani dyrektor Potocka, „inaczej zobaczyć manipulującą nami rzeczywistość”?

 

FOTO: RAFAŁ SOSIN

Artykuł opublikowany został w 6 numerze ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – kontakt: archiwum(at)archsarp.pl

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook