AUTOR ARTYKUŁU
KRZYSZTOF DYGA
PROFESOR ARCHITEKT JAN BOGUSŁAWSKI
3 kwietnia 2013 | wyślij link
PROFESOR ARCHITEKT JAN BOGUSŁAWSKI

Studiowałem na Wydziale Architektury PW w latach 1961- 1966. Przeglądając dziś swój indeks patrzę na wpisy wielu wybitnych osobowości, które tworzyły w tym czasie nasz Wydział: Piotr Biegański, Jan Zachwatowicz, Jerzy Hryniewiecki, Barbara Brukalska, Wenczesław Poniż, Zbigniew Karpiński, Czesław Krassowski, Wacław Ostrowski, Kazimierz Wejchert, Franciszek Piaścik, Marian Sulikowski, Zbigniew Radwański, Jan Chmielewski, Jerzy Kozielski, Stanisław Wiliński, Witold Lapis, Eugeniusz Szparkowski, Zbigniew Chwalibóg, Celeste Zawadzka i wiele innych.

 

Szczególne miejsce w mej pamięci zajmuje profesor Jan Bogusławski, u którego wykonałem ostatnie projekty architektoniczne na studiach (1966 r.) – projekt wnętrz i projekt przeddyplomowy. Konsekwencją tego pierwszego kontaktu był dyplom magisterski wykonany pod kierunkiem Profesora – Teatr Dramatyczny w Warszawie, który obroniłem w roku 1967. Następnie staż asystencki w pracowni Profesora w Katedrze Projektowania Budynków Użyteczności Publicznej, asystentura, doktorat w roku 1977 i tak się potoczyła nasza współpraca dydaktyczna, zawodowa i towarzyska, która trwała ponad 16 lat, aż do Jego śmierci w roku 1982.

 

W mej pamięci pozostał jako człowiek, architekt i dydaktyk. Myślę, że najlepszą Jego charakterystyką będą niektóre fakty i zdarzenia, które pozostały w mej pamięci.

 

W roku 1964, byłem wtedy na trzecim roku studiów, Profesor wygrał międzynarodowy konkurs architektoniczny na projekt Opery Narodowej w Madrycie. Był to największy powojenny sukces polskiej architektury. Był to gorzki sukces, gdyż nie zakończył się realizacją. W latach późniejszych Profesor wiele razy wracał do tej sprawy: w Hiszpanii panował generał Franco, wysłanie projektu na konkurs z kraju komunistycznego równało się dyskwalifikacji.  Projekt więc został wysłany do znajomych w Szwajcarii, tam został zreprodukowany na zachodnich materiałach i wysłany do Madrytu. Kamuflaż się udał, o czym świadczy werdykt. Po otwarciu kopert nastąpiła konsternacja, choć władze robiły dobrą minę do złej gry – wystawy, bankiety, rozmowy realizacyjne, przeciąganie decyzji itp., lecz generał Franco powiedział – komunista nie będzie mi budował najważniejszego gmachu w stolicy. Profesor skwitował: „Bogusławski i komunista (!), oprócz wiedzy i zdolności architektowi potrzebne jest szczęście”.

 

W roku 1967 Profesor wziął udział w międzynarodowym konkursie na projekt miasta Espoo w Finlandii. Byłem w Jego pracowni na stażu asystenckim i brałem udział w kreśleniu tego projektu. A właściwie w jego rysowaniu, gdyż Profesor wymyślił sobie, że projekt będzie narysowany „od ręki”, bez użycia przyrządów kreślarskich, co nada mu charakter szkicu. Najpierw powstawał kreślony podkład, późnej na sprowadzonym z zagranicy „Astralonie” (format 100/100cm wtedy w Polsce był problemem) przerysowywałem go pieczołowicie ręcznie, przy użyciu nowoczesnego wtedy sprzętu – rapidografu marki Rotring o grubości 0,7mm. Rezultat końcowy był zgodny z oczekiwaniami – projekt sprawiał wrażenie przemyślanego szkicu. Pracowaliśmy na Wydziale Architektury, w gabinecie Profesora, na I-piętrze, z oknem wychodzącym na ul. Koszykową. Jak to przy konkursach – często do późna. W soboty i niedziele Wydział był nie działał, zamknięty na głucho, z kluczem w drzwiach wejściowych w zamku od wewnętrznej strony i portierem śpiącym gdzieś w czeluściach gmachu. Profesor prowadził regularny tryb życia domowego – obiad w domu o 16-tej i półgodzinna drzemka, później już mógł pracować ile trzeba. Była to sobota lub niedziela, profesor wychodzi na obiad i problem – jak wejść po powrocie na Wydział? Jak pan Profesor wróci proszę zakukać, jak kukułka – otwarte okno gabinetu od Koszykowej, zejdę i otworzę drzwi – mówię (centrala telefoniczna PW wyłączona i jak to możliwe, że nie było telefonów komórkowych?!). Po dość długim czasie, zajęty pracą, w tle szumu Koszykowej słyszę od jakiegoś już czasu cierpliwe i chrapliwe ku-ku, ku-ku… dochodzące z ulicy. Profesor przyjął to zdarzenie z właściwym sobie poczuciem humoru. (…)

 

Profesor na Wydziale Architektury był postacią znaczącą. Jego dorobek zawodowy, kultura osobista i zaangażowanie w dydaktykę sprawiały, że cieszył się wśród studentów wielką popularnością i szacunkiem, z domieszką pewnego rodzaju respektu. Zawsze elegancko ubrany, sumienny i wymagający. Po bliższym poznaniu okazywał się normalnym człowiekiem, bez sztucznej pozy wielkości czy dystansu. Bardzo ceniłem sobie Jego korekty projektów studenckich, które zamieniały się w wielotematyczne wykłady. Były ilustracją Jego tezy, że architekt musi wiedzieć coś o wszystkim i wszystko o czymś. Tym „wszystkim” była wiedza i kultura ogólna, tym „czymś” wiedza techniczna i warsztat. Sam był ilustracją tej tezy. Miał olbrzymią wiedzę z wielu dziedzin, którą dzielił się ze studentami w czasie korekt. Bardzo dużo rysował w czasie korekt. Jego ulubionym narzędziem był miękki ołówek i kciuk, którym ścierał, rozmazywał i cieniował swoje szkice. A w drugim ręku nieodłączny papieros. Studentom powtarzał, że zawód architekta jest jak zawód szewca, który robi buty na zamówienie: ten but musi pasować na nogę, musi być wieczorowy, jeżeli takie było zamówienie, musi być trwały, musi być wygodny, musi kosztować tyle, ile miał kosztować i musi być wykonany w terminie. A na koniec – musi być piękny. Jeżeli któryś z tych warunków nie jest spełniony – nie ma architektury, nie ma nic, może budownictwo albo scenografia.

 

Inną ulubioną anegdotką Profesora było porównanie projektu budynku do projektu samochodu. Obowiązują te same zasady – forma wynika z funkcji. Z tą różnicą, że samochód jest formą ruchomą, o różnych, zmiennych relacjach do otoczenia. Tak samo wygląda w Paryżu jak w Nowym Jorku. Budynek projektujemy zawsze w tym jedynym miejscu, i powinien on uwzględnić wszystkie uwarunkowania miejsca – kulturowe, historyczne, geograficzne itd. (…)

 

W czasie korekt projektów studenckich widział natychmiast pomysł, często ku zaskoczeniu autora, który nie był go jeszcze pewien. Wtedy wskazywał studentowi możliwe ścieżki rozwoju, angażował się emocjonalnie, otwierał perspektywy. Był natomiast bezwzględny dla leni i nieudaczników. Odsuwał wtedy projekt bez słowa i pytał się: kto następny? Lub mówił: tyle jest innych zawodów na „A”. (…)

 

Poza pracą dydaktyczną na Wydziale pracowaliśmy razem zawodowo przy różnych projektach. W roku 1979 rysowałem projekt koncepcyjny kościoła w Legionowie. Praca odbywała się, ze względu na dobre warunki, w naszym nowym mieszkaniu przy ul. Bonifraterskiej. Profesor przychodził do nas często i o różnych porach, doglądając postępu prac i wprowadzając korekty. Atmosfera tej pracy była bardziej rodzinno-towarzyska. Któregoś dnia wróciłem do domu, gdy Profesor już był. Z papierosem i kawą siedział razem z moją młodszą córką na fotelu Kon-Tiki przed telewizorem oglądając program dla dzieci „Pora na Telesfora”. Z przepraszającym gestem powiedział: już, już, zaraz się kończy.

 

Któregoś dnia, po wielu latach wspólnych Profesor powiedział: panie Krzysiu, tyle lat się znamy, pora przejść na ty. Dopełniliśmy rytuału Bruderschaft’u. Ale udało mi się jeszcze wytargować, że nie będę się zwracał do niego „Panie Profesorze” ani „Janku”, tylko wystarczająco poufale – „Profesorze”. I tak już zostało do końca naszych wspólnych dni. Wydaje mi się, że była w tym potrzeba okazania Mu szacunku i podziękowania za to wszystko, czego mnie nauczył.

 

Teraz, gdy czasami odwiedzamy Jego grób na Starych Powązkach, wypalam z nim papieroska „Silesia” i widzę oczami wyobraźni, jak nas obserwuje ze zmarszczonym czołem, przyglądając się, dokąd zmierza polska architektura.

 

Warszawa, październik 2010

 

Artykuł opublikowany został w 3 numerze ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – kontakt: archiwum(at)archsarp.pl

ARCH #53
MAJ/CZERWIEC 2019
facebook