AUTOR ARTYKUŁU

AGNIESZKA BULANDA
O STEFANIE INACZEJ…
26 marca 2013 | wyślij link
O STEFANIE INACZEJ…

Marek Dunikowski powiedział, że Stefan „miał zdecydowane poglądy, za którymi stał jego ogromny dorobek. Dlatego tak bardzo się z Nim liczono. A przede wszystkim przy całej Jego wiedzy, Jego horyzontach, zainteresowaniach, Jego wysokim statusie – był tak po ludzku, tak cholernie normalny.”

 

Ta Jego „normalność” przejawiała się oczywiście najczęściej w sytuacjach prywatnych, wyrwanych z mocno napiętego grafiku codziennej pracy, np. podczas naszych wspólnych narciarskich wyjazdów jesienią na lodowiec, a wiosną – do tak przez nas wszystkich uwielbianej Madonny di Campiglio. To właśnie w Madonnie 2 lata temu obchodziliśmy 60te urodziny Stefana. Przed wyjazdem przygotowaliśmy dla Niego szczególny prezent, od całej naszej archi-narciarskiej braci. Były to bardzo nietypowe narty, „edycja limitowana”, ze specjalnie na tę okazję zaprojektowaną szatą graficzną i tak też wykonane. Narty były dziecinne (ok. 110 cm) – bo tylko takie udało nam się wtedy dostać (było już po sezonie) – w stosunku więc do wzrostu Stefana, miały się jak pięść do oka… Ale ważna była idea. Siedzieliśmy nad tym „projektem” w moim pokoiku na poddaszu z Jarkiem Uhrynem, wkładając w niego całe serce i najdziwniejsze pomysły. Wyraz twarzy Stefana i Jego nieprawdopodobna wręcz radość, gdy otworzył prezent – była bezcenna.

 

Teraz, gdy już Go między nami nie ma, dowiedziałam się, że narty zawisły w Jego gabinecie na Berezyńskiej, gdzie obok innych lotniczych gadżetów, zastąpiły na ścianie liczne dyplomy – dowód uznania za działalność zawodową. Te zaś znalazły równie ważne miejsce w Jego pięknym biurze.

 

Seminaria pod hasłem „Zbudujmy coś razem”, organizowane – ja mawiał Stefan – znakomicie ! – od wielu lat przez Tomka Karwatkę zarówno na austriackich lodowcach czy wspomnianej Madonnie były stałym punktem w zapełnionym po brzegi kalendarzu Stefana. To On, obok Marka Dunikowskiego, Ryszarda Jurkowskiego, Jacka Lenarta, Wojtka Miecznikowskiego i wielu innych byli pierwszymi uczestnikami narciarskich eskapad połączonych z wykładami zaproszonych firm. Stąd też powstał pomysł, by nadać im wymiar niemal rodzinny. I tak powstała Wielka Kapituła „Wujka”. W 2008 roku podczas pobytu na lodowcu Hintertux – Stefan oraz wyżej wymienieni uhonorowani zostali tym tytułem i od tego czasu nazywani byli odpowiednio: Wuj Funio, Wuj Dyrektor, Wuj Prezes, Wuj Zeus, Wuj Słonik. Do honorowego „Konklawe” dołączył 2 lata później Wuj Zenek.

 

Tradycją madonnowych wyjazdów było na koniec każdego narciarskiego dnia spotkanie w słynnej Montagnoli. Około 15.30 Wuj Funio zjeżdżał tam dostojnie, gdzie na wszystkich czekała już „Mela verde” lub inna bardziej wytrawna grappa. Wuj był niezastąpiony również w sytuacjach trudnych, gdy np. z powodu zbyt dużej ilości osób siedzących, udało nam się skutecznie zepsuć ławkę w Apres Ski Barze „Ober”. Z kilkudziesięciu obecnych architektów to właśnie Wuj Funio zajął się naprawą. Był naprawdę wszechstronny.

 

Stałym punktem madonnowych wyjazdów była wizyta w sklepie z okularami. Być może z braku własnej córki, rozpuszczał w uroczy sposób Magdę Dunikowską, kupując jej co roku nowe okulary przeciwsłoneczne, twierdząc, że nie wypada pięknej kobiecie pokazywać się w tych samych, co rok wcześniej.

 

Nasza ostatnia Madonna w marcu tego roku była nietypowa… Stefan bowiem postanowił wraz z Jackiem Syropolskim przylecieć do Madonny swoim samolotem. A w marcu, jak wiadomo z pogodą różnie bywa… Czekali więc na odpowiednie warunki najpierw w Polsce, potem Czechach i we Włoszech. Stefan był pod tym względem niezwykle ostrożny, powiedziałabym nawet bardzo zachowawczy, nie ryzykował… Ostatecznie przylecieli na jeden dosłownie dzień. Tylko po to, by cały dzień spędzić na słonecznych stokach Groste, a wieczorem zjeść z nami wszystkimi kolację w kultowej Piccadilly, napić się dobrego wina poleconego przez Giancarlo, porozmawiać z przyjaciółmi o architekturze, SARPie, pochwalić się najnowszymi osiągnięciami wnucząt Hani i Ignasia, poklepać przyjaźnie naszych wspaniałych gospodarzy – Jurka i Norinę…

 

Tego też wieczoru Jacek z dumą pokazywał nam zdjęcia swojego paromiesięcznego synka – Andrzejka…

 

Dla nas – Stefan – Wuj – Funio był i takim zostanie w naszej pamięci – bardzo normalnym, ciepłym, radosnym Człowiekiem. Jego piękną cechą była umiejętność dostrzegania każdego człowieka, począwszy od pani, która sprząta w SARPie czy panów portierów, przez współpracowników branżowych, których cenił na równi z innymi, na projektantach z własnego biura skończywszy. Zawsze podkreślał, że każdy projekt, który wychodził z Jego biura, to praca całego zespołu.

 

No i jeszcze jedno. Miał to szczęście dzielić życie osobiste, pracę projektową, dydaktyczną – z Ewą – żoną, przyjacielem, największym Jego wsparciem. Zawsze podkreślał, że nie doszedłby do niczego, gdyby nie ona. Na każdym kroku podkreślał jej ogromną wiedzę, talent i wsparcie. Byli niezwykłą parą…

 

Stefan był Człowiekiem o niespożytej wprost energii. Podziwiałam Go ogromnie, gdy po ciągnących się do późnych godzin nocnych obradach Zarządu Głównego, potrafił jeszcze przed śniadaniem wracać lekko zdyszany z porannego biegania. To codzienne bieganie dawało mu oddech, dystans, to pewnie wtedy rodziły się w Jego głowie kolejne projekty, marzenia.

 

Niestety nie zobaczy już Forum Muzyki we Wrocławiu, Prostej Tower, Supersamu, ukończonego stadionu w Białymstoku i wielu, wielu innych. My – będziemy je pokazywać, gdy tylko zostaną ukończone. Los rozpoczętych przez Stefana projektów, jest bezpieczny, bo jak sam mówił – to praca całego znakomitego zespołu, który tak starannie przez lata dobierał.

 

Wierzę, że z uśmiechem będzie spoglądał z góry na dokonania swojej pracowni, na swoich najbliższych, na przyjaciół śmigających po zaśnieżonych stokach, bo jak kiedyś powiedział: „Dopiero z góry widać, co naprawdę jest ważne i piękne”.

 

 

Artykuł opublikowany został w nr 7 ARCH. Całość artykułu dostępna jest w drukowanej wersji magazynu – kontakt: archiwum(at)archsarp.pl

ARCH #57
STYCZEŃ/LUTY 2020
facebook